16 stycznia 2017

Sherlocka sezon czwarty, czyli ambiwalencja odczuć

Specjalnie dla Dag, postaram się napisać bezspoilerowo o swoich ambiwalentnych odczuciach względem nowej serii Sherlocka. Choć nie obiecuję, że mi się uda*. Niemniej z większymi szczegółami będę pewnie pisać o tych odcinkach w kolejnym Wielogłosie na Pulpozaurze, tak więc tutaj mogę sobie pozwolić na ogólniejszy wpis.

Zacznijmy od tego, że zupełnie nie czekałam na tę serię i nie czekam na ewentualną serię piątą. Gdzieś pomiędzy kolejnymi miesiącami opadł mi cały hajp. Choć bardzo lubiłam serię trzecią mimo wszelkich jej niedociągnięć trudno mi nie dostrzegać słuszności zarzutów jej stawianych. I tak obce, słuszne spostrzeżenia, ochłodziły mój stosunek do całego serialu. Jednak do seansu kolejnych odcinków czwartej serii siadałam na bieżąco. Miałam poczucie nie tyle przymusu, co potrzeby. Mimo braku oczekiwań miałam też nadzieję, że będzie to dobra seria, z ciekawymi sprawami. Powiedzmy, że ciekawa sprawa była w odcinku drugim. A jednak mam wrażenie, że oceniam ten odcinek słabiej niż pozostali. Analogicznie, odcinek pierwszy mimo wyraźnych wad odebrałam jako przyjemny – lepiej niż inni. O odcinku trzecim sama nie wiem co sądzę.

Podstawowy problem jaki mam z tą serią, jest taki, że nie wiem, co o niej sądzę. Oglądało mi się te odcinki przyjemnie, ale już po seansie przychodziła refleksja. Dostrzeganie ogromnych dziur fabularnych, nielogiczności, naciągania... Okej, czyli guilty pleasure? No właśnie nie, zupełnie tego tak nie czuję. W innym przypadku może by nawet tym było, ale po Sherlocku oczekiwałam czegoś innego.

Emocje? Dobrze, proszę bardzo. Ale nie granie tanim patosem. Mary umiera? Okej, ale nie w tak niedorobiony, za to widowiskowy sposób. Zwłaszcza nie po tym jak w serii trzeciej daliście nam Sherlocka pokazującego jak (pi razy drzwi, bo jakieś niedoróbki pewnie jednak w tym były) działa faktyczny postrzał. Dajecie Sherlockowi „tajną genialną siostrę”? Okej, czemu nie, ale nie grajcie motywem geniusza złej kobiety. I tak dalej. Jednak te odcinki miały też sporo dobrych elementów (jak Samarra, scena z trzeciego odcinka z Molly, wątek pani Hudson z  odcinka drugiego. czy niewskrzeszony Jim) w związku z czym nie potrafię ich znielubić. Z jednej strony wciąż z chęcią po te odcinki sięgam. Z drugiej Sherlock za daleko odszedł od tego jakim serialem był na początku. A choć ewentualny piąty sezon ma szanse przywrócić ten pierwotny status quo, który pozwoli po prostu cieszyć mi się kolejnymi zagadkami, pozostaję pełna obaw, że zupełnie tego nie zrobi.

I jeszcze do mojej ambiwalencji odczuć dokłada się usilne poczucie, że Tumblr miał lepszy pomysł na rozwój tej serii niż Moffattis. Co chyba całkiem sporo mówi. Miało być najspójniej do tej pory, zostało najbardziej poszatkowanie. I nie mam nawet na myśli montażu. Miało być zdarcie sreberka, ale zamiast czekolady otrzymaliśmy pozłotkę. Nie wiem czy to wymiana, która mi się podoba.


* Ewentualne spoilery są wyczernione i żeby je zobaczyć musicie zaznaczyć takie fragmenty tekstu.

6 stycznia 2017

Rok aktywności

Hej, hej. Przepraszam za opóźnienie, ale przyjmijmy, że ci, który nie obchodzą Sylwestra i tak muszą go odespać. Obiecany wpis o Westworld znów trochę przesunę, bo jakoś nie mam dziś wena na jego pisanie. Pozostanę trochę przy podsumowaniowym klimacie i dziś popatrzę na najbliższy rok.

Mam takie poczucie, że to będzie rok przyspieszenia, rok, w którym będą dziać się rzeczy i w którym będę robić rzeczy. Ile z tego się ostatecznie sprawdzi, to się dopiero okaże, niemniej mam swoje plany. Dokończenie Dużej Rzeczy. Odwiedziny u Dag (jeszcze tylko kupić bilety na autobus), Whomanikon – to dopiero początek, tego, co budzi we mnie poczucie jakiejś zmiany. Że coś się przesunęło, że więcej we mnie odwagi w wychodzeniu do świata, że przeszłam przez jakąś ważną granicę i choć mam dużo marzeń-jeszcze-nie-planów, to one dzięki wynikaniu z planów już ułożonych do realizacji pomału będę konkretyzować, zmieniać w nowe plany do realizacji i tak będę je spełniać i cieszyć się nowymi marzeniami, które się urodzą. Nawet jeśli niekoniecznie uda mi się pojechać akurat na koncert Radiohead na Openerze. Na jednym już byłam, nie to, co na, regularnie do Polski przyjeżdżających, Sigurkach*.

W tym roku przeczytałam już jedną całą książkę, jedna książka wciągnęła mnie tak, że pochłonęłam ją jednego dnia. Z czym mnie zostawiła napiszę za jakiś czas na Gallifrey.pl. Mam nadzieję, że inne, które zaczęłam i które zacznę też będą się dość szybko czytać, że uda mi się jakoś to osiągnąć.

Odchodzę od rozdrobnienia blogowego. Po PT, który umarł śmiercią naturalną, przyszła kolej na Pamiętnik Absurdalny. Co prawda Dag obiecuje, że jeszcze reaktywujemy (Ułomne) recenzje ziemniaka, ja widzę, że żadna z nas nie ma dla nich czasu. Więc chcę się skupić na regularnym prowadzeniu ziemniaka**, współredagowaniu Gallifrey.pl i pisywaniu dla Pulpozaura. Więcej czasu zamierzam też poświęcać własnej twórczości (już zbieram prompty do opowiadań, które zamierzam napisać, gdy skończę Dużą Rzecz). Tak, tak, jest jeszcze Kill The Fez! i pewnie milion innych projektów, ale jeśli chodzi o moje własne blogi, jestem całkiem zadowolona z obecnego status quo.

W życiu codziennym nadal pozostaję nieogarem, który potrafi wrzucić zapałki za szafkę tak, żeby nie dało się ich wyjąć, no chyba żeby odsunąć szafkę, and unleash all the spiders on the world... Ale jakoś sobie z sobą radzę. Poza tym hej, nadal jestem leworęczna, mądra i głupia naraz i mam niekompatybilne z innymi ludźmi, cyniczne poczucie humoru, więc chyba nie jest źle. I chyba nie będzie źle. Tak myślę.



* Czy ja wam opowiadałam, jak kupiłam bilet na ich koncert na Sacrum Profanum, ale nie było mnie już stać na bilet na pociąg do i z Krakowa? Cóż, piękny bilet stoi sobie dziewiczo na półeczce w moim pokoju.
** Pomińmy milczeniem fakt, że pierwszy post w tym roku miał pojawić się drugiego stycznia.

30 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 [październik, listopad i grudzień]

Koniec [nie mylić z końmi, niczym melodii Zegarmistrza światła z melodią Exit Music (for a Film).], finito, ostatni odcinek mojego podsumowania, zdecydowanie najkrótszy. Zresztą nic dziwnego, w tych miesiącach najwięcej chyba pisałam, a najmniej (nowych) rzeczy przyswajałam. Swoje zrobił też początek praktyk, zmieniających tryb dnia i zabierających swoje godziny z mojego dnia. Części pierwszą, drugą, trzecią i czwartą znajdziecie pod linkami.

PAŹDZIERNIK

107. Marvel’s Luke Cage sezon 1.
To bardzo dobry serial. Nie do końca moje klimaty, ale fajnie się go oglądało. Więcej o moich odczuciach z seansu napisałam na Pulpozaurze, tu więc nie będę się już rozpisywać.

108. Howl’s Moving Castle
Może być, zakładam, że książka, na podstawie, której powstał (Hauru’s Moving Castle by Diana Wynne Jones) jest jednak lepsza.

109. Westworld sezon 1.
I znów odeślę was na łamy Pulpozara. Tym razem do dyskusji po końcu sezonu. I przy okazji zapowiem, że po Nowym Roku planuję napisać o wykorzystaniu muzyki Radiohead w tym serialu.

110. Przemysław Czapliński – Poruszona mapa
Pożyczona od Artura. Póki co nadal ją czytam. I tak, robię to już trzeci miesiąc. Nie, nie dlatego, że jest tak zła. Zwyczajnie ostatnio naprawdę nie mam czasu na czytanie. Niemniej, z tego, co już przeczytałam, zrodziła mi się myśl.

111. Class sezon 1.
Czyli najnowszy spin-off Doctora Who. Oczekiwałam, że będzie to bardzo dobre, jest całkiem dobre, choć nie genialne. Więcej piszę o kolejnych odcinkach w redakcyjnych wrażeniach na Gallifrey.pl.

112. Ripper Street. sezony 1-2.
Zupełnie nie spodziewałam się jak bardzo wciągnie mnie ten serial, ale och, kryminał w innym niż ten najoczywistszy filmowo-serialowy XIX wiek, i tak ludzko ponury i co i rusz rozczarowujący głównego bohatera odnośnie ludzi/ludzkości... A do tego strasznie inkluzywny. No jak ja się miałam nie zakochać. Niestety nadrabia mi się powoli, bo naprawdę: nie mam czasu na rzeczy. Ale obejrzę do  końca na pewno.

113. Still Alice
Całkiem dobry film o życiu z Alzheimerem. Podobało mi się to, jak bardzo było widać, że te postaci są napisane prawdziwie, a nie pod tezę, szablonowo. Ale też oglądając miałam silne poczucie, że powinnam sięgnąć do Choosing to Die Pratchetta i ogólnie myślałam o jego tekstach z Kiksów klawiatury z części poświęconej jego życiu z Alzheimerem.

LISTOPAD

114. Wołyń
Długi. Mocny w paru miejscach, ale nie przesadza z gore. Ot, pokazuje, nie komentując niczego, ale nie epatuje. Do refleksji, niekoniecznie do powtórek.

115. Niezwykła historia Marvel Comics – Sean Howe
Prezent urodzinowy od Dagmary. Czyta się bardzo dobrze, szybko, mimo tego, że książka jest dość gruba, a zadrukowana malutkim fontem. Miejscami, co prawda gubią się w tekście gwiazdki od przypisów, ale poza tym, nie mam do czego się przyczepić. No, może poza moim brakiem czasu na czytanie. Dobrze, że Inne Pieśni doczytałam, więc przynajmniej odrobinę zmniejszył mi się stosik aktualnie czytanych, zanim urósł.

116. Dekalog X
Całkiem mi się podobał, choć myślę, że teraz muszę obejrzeć pozostałe dziewięć części. Ale może niekoniecznie. Zobaczę, czy je zobaczę.

117. Ostatnia rodzina
Bardzo mnie cieszy, że udało mi się go zobaczyć, bo to jeden z filmów, na które bardzo chciałam pójść. Spokojny obraz rodziny... dziwnej, popieprzonej trochę, ale cóż, która nie jest? Zdecydowanie warto.

GRUDZIEŃ

118. Carol
Tak. Idealna odtrutka na popieprzenie świata zewnętrznego.

119. Stardust część 1 i 2 – słuchowisko BBC na podstawie powieści Neila Gaimana
Dobre, ale krótkie. Mam wrażenie, że w tej niewielkiej książce było sporo treści, którą tu niestety wycięto. Jasne, tak działają słuchowiska, ale w tym wypadku nie zaszkodziłaby jeszcze z godzina nagrania (z pewnością będzie taka na wersji do kupienia, ale mnie chodzi o wersję podstawową, tę nadawaną w radiu i do odsłuchania na jego stronach). Tutaj okrojono nam fabułę do niezbędnego minimum i przez to zginęło moim zdaniem za dużo tego co naddane.

120. Sense8 Christmas Special
Tak. Znów płakałam oglądając. Znów oddziałał na mnie bardzo osobiście. Dziękuję, siostry Wachowskie.

121. Doctor Who, Christmas Special – Return of Doctor Mysterio
I znów Doktor coś spieprzy, a inni ponoszą konsekwencje. Poza tym powrót fajnych kosmitów. Nardole daje radę, cała historia sympatyczna, nieprzekombinowana, kontynuacja tej historii już po śmierci River daje parę smutnych scen. Więcej, tradycyjnie, piszę w redakcyjnych wrażeniach na Gallifrey.pl.

122. David Mitchell – Czasomierze
Rzutem na taśmę zaczęta w tym roku. Pożyczona mi przez Lierre, która uznała, że może mi się spodobać. Na pewno podoba mi się tytuł zapowiadający granie z czasem. Czy będzie dobrze, jeśli chodzi o fabułę, jeszcze się przekonam, ale Atlas chmur mi się podobał, więc zakładam, że i tu jest co najmniej potencjał na dobrą powieść.

I to tyle, jeśli chodzi o podsumowanie roku 2016. Popkulturowo jak widać było całkiem nieźle, pozapopkulturowo było różnie, ale nie o tym jest ten blog, więc tu zatrzymam tę myśl. Dobrej zabawy/przyjemnego wieczoru :) Niech 2017 okaże się lepszy niż 2016. Do zobaczenia już po Nowym Roku.

25 grudnia 2016

Podsumowanie 2016 [lipiec, sierpień i wrzesień]

Czas odrobinę przyspieszyć. Tym razem omówię trzy kolejne miesiące. Część pierwsza, druga i trzecia podsumowania pod linkami.

LIPIEC

84. Savage Grace
Polecone przez Myszę jak początek zapoznania z filmografią Eddiego Redmayne’a. Interesujący film. Powolny, ale z ciekawym klimatem. Ale tak, trudny... czy może raczej ciężki. Po kolejne filmy z Eddiem, póki co nie sięgnęłam.

85. metrolith
Do znalezienia tutaj. Malutka gierka inspirowana Beksińskim. Bardzo immersyjna. I tak krótka, ale gdyby była dłuższa, mogłaby zacząć nudzić.

86. Psych sezon 1. odcinki 1-10.
Mysza w Myszmaszu mi o tym serialu przypomniała. Swego czasu w telewizji oglądałam parę odcinków i bardzo lubiłam, ale potem jakoś nie wiem, może przerwali emisję. Borze zielony, jakie to jest genialne. Tylko niestety wypadłam z rytmu i już nie miałam motywacji, żeby wrócić do kolejnych odcinków.

87. Pokemon GO
Czyli fancy walking app. Tak, załapałam się na trochę tego hajpu, niemniej nie doszłam nawet do tego piątego poziomu, od którego można wybrać sobie team.

88. Mr. Robot sezon 2.
Tak. Rozmawiamy o nim właściwie bezspoilerowo na Pulpozaurze.

89. Flash sezon 1-3 bodaj do ostatniego aktualnego odcinka.
Przez pierwsze dwa sezony to bardzo przyjemny, choć miejscami głupiutki serial. Ale relacje między postaciami bardzo mocno grają, a na nich opiera się duży ciężar produkcji. Do tego, to nie taka telenowela jak Arrow. Boru, jakim cudem my obejrzałam cały pierwszy sezon Arrowa? Poza tym płaczący Barry łamie nam serce, ale jeżu, jak Grant Gustin ten płacz pięknie gra.
Fajny był też zły z pierwszego sezonu, który nie rozwodzi się nad powodami, a przechodził do sedna – chciał zabić Flasha, bo go nienawidzi, a dlaczego, go nienawidzi to szczegóły, coś, co istnieje i podejrzewamy głębię tam, ale dla Flasha to nie powinno być istotne. Zły z drugiego sezonu też był fajny, za to trzeci sezon tak bardzo ssie, że zepsuli w nim nawet Wellsa.

90. Jasper Fforde – Pieśń kwarkostwora
O Ffordzie słyszałam od dawna i od dawna chciałam przeczytać jego książki. Tak się złożyło, że trafiłam w bibliotece miejskiej na jedną z nowszych i nieznanych mi zupełnie powieści, i do tego drugi tom cyklu, ale cóż, takich okazji się nie przegapia.
Co do samej książki, było tam dużo literówek, jak na podwójną korektę. Ale nie tak dużo, żeby było to nie do przeżycia. Niemniej sama historia bardzo mi się spodobała. Pierwszy raz od dawna miałam też tak, że nie wiedziałam, czy tym „naszym” się powiedzie. Może to tylko, dlatego, że to nowy autor, ale jednak myślę, że to głównie przez jego świeży styl pisania, który naprowadza na podejrzenie, że to jeden z nielicznych autorów, którzy nie muszą dążyć do happy endów. I zdecydowanie to także, dlatego, że to lekka powiastka dla dzieciaków, ale świat przedstawiony wcale nie jest lekki, łatwy i przyjemny. Tytułowy kwarkostwór pozostawał może trochę za bardzo w tle i wątki zdają się tu raczej lekko powiązane, i mamy męczące powtórzenia informacji, które poznaliśmy już we wcześniejszych rozdziałach, ale i tak poza tym, co pisał Pratchett, to jedna z niewielu powieści YA, którą czytałam po prostu z przyjemnością. Na pewno, jeśli nadarzy się okazja, sięgnę po inne książki Fforde’a.

91. Princes Mononoke
Polecane przez Dagmarę. Tak. Also: htaifnaty :D Ale tak serio to świetna animacja, chyba moja ulubiona z pozycji studia Ghibli, które dotychczas obejrzałam.

92. The Emperor’s New Groove
Tumblr mnie co jakiś czas atakuje fajnymi gifami z tej animacji i przypomina, że widziałam kawałek dawno temu i mi się podobało. W końcu więc postanowiłam obejrzeć w całości. Ogólnie jednak jestem na nie. Sama historia nie jest zła, ale jednak strasznie odrzuca mnie to jak bardzo amerykanizuje się tu kulturę Inków. No po prostu nie.


SIERPIEŃ

93. Melancholia
Obejrzałam w ramach akcji „Podaj fandomik” na Mirriel, gdzie użytkownicy polecają sobie mało znane, omawiane i fikowane na forum fandomy. Tak trafiła mi się zachęta do zobaczenia filmu von Triera, którego trailer bardzo mi się swego czasu podobał i bardzo żałowałam, że nie mogę go zobaczyć. Po seansie pozostałam z ambiwalentnymi odczuciami. Nie przeszkadzało mi ani wolne tempo, ani celowo amatorska praca kamery – widzę w niej i rozumiem i kupuję zamysł. Podział na dwie części też jest okej. Muzyka była za to absolutnie przesadzona, kiedy już się pojawiała. Tak, ogarnęłam, że to ten jeden klasyczny kawałek, który tam na końcu nazywa Justine. No ale nie. Lepiej by to zagrało, gdyby film pod kątem muzyki był całkowicie niemy. A tak muzyka podbija to, co nam trochę przeszkadzało, czyli takie miejscami mówienie „patrz, patrz, to teraz to takie emocje i myśli ma w tobie wywoływać”. Warstwa fantastyczna, z jednej strony była oczywista, ten świat przed nieuniknioną apokalipsą, i zamknięty w nim dramat o dwóch siostrach, nic odkrywczego... Z drugiej strony nie było to bolesne do oglądania, i miejscami miało posmak dukajowy. Więc ostatecznie jestem na ostrożne tak, ale nie bez zastrzeżeń. Fanką von Triera jednak nie zostaję. Ach, jeszcze często bohaterowie mówili tak cicho, że ledwie było słychać, co mówią, a to też utrudniało odbiór, skupienie się na filmie. Ale aktorsko było świetne.

94. We Bare Bears sezon 1.
Polecenie od Zosi. Główni bohaterowie to troje misiów braci – niedźwiedź grizzly, panda i niedźwiedź polarny. Tak. To nie ma sensu. Poza tym, o borze zmieniam się w Krysię (!), ale dlaczego tam nie ma głównych bohaterek dziewczyn? Ale nie, to bardzo fajna animacja, którą zdecydowanie warto obejrzeć.

95. J.R.R. Tolkien – Silmarillion
Odrobinę oszukuję, bo kiedyś już czytałam Silmarillion. Tyle, że nie doczytałam do końca.   Teraz doszłam do końca głównej części, bez pośpiechu, może jeszcze przeczytam resztę. Za pierwszym razem czytało mi się bardzo źle, było to męczące. Tym razem lektura była przyjemna, może to dlatego, że ja się zmieniłam i upodobania też mi ewoluowały, może dlatego, że teraz dostałam nierozlatujące się wydanie, a może to z powodu zmiany stylu lektury na wolniejszy i bez przymusu skończenia.

96. Halt and Catch Fire sezon 2.
Dobry ten serial. Biedny Joe, który nie może być w porządku, bo nawet jak próbuje, to nikt inny nie da mu szansy, nikt nie uwierzy, że naprawdę próbuje jak może, być w porządku. I tak, sięgnęłam po ten sezon bardzo późno, mimo że pierwszy też bardzo mi się podobał. Po trzeci też nie czuję póki co potrzeby sięgnięcia.

97. Doctor Who – Doom Coalition sezon 1.
Pierwszy sezon tego słuchowiska jest świetny i zapowiada całą historię bardzo dobrą.

98. Pasterska korona
Ostatni Pratchett. Bardzo dobry, pasujący do tendencji tego głębokiego cyklu o Tiffany, do doroślenia z każdą książką. Nie będę tu powtarzać już mojej recenzji, odeślę was tylko do niej.

99. Cloud Atlas (film)
Książka mi się całkiem podobała, choć fanką autora nie zostanę. Ale była ciekawa. Film jest nawet lepszy niż książka. Ładnie go rozegrano i powiązano wątki w całościową i spójną opowieść, czego powieści jednak brakowało.

WRZESIEŃ

100. Sprawa Emila B.
Strony historycznej nie oceniam. Natomiast, jako spektakl teatralny to było przede wszystkim bardzo drewnianie zagrane.

101. Doctor Who: Natural History of Fear
Ło. To było genialne od początku do końca. I jej, pierwsze słuchowisko, w którym Charley nie byłą irytująca. Ba, dostała świetną rolę do zagrania i równie świetnie ją zagrała. Że Ósmy był świetny to nic dziwnego. W ogóle cała ta psychodelia... A i pierwsze moje słuchowisko z C’rizzem. Mało go tutaj, ale ogólnie postać oceniam bardzo na plus. A, a, a. I Narvin... To znaczy nie Narvin, ale jednak głos ten sam. Do tego to bardzo metatekstowa historia. Polecam wam recenzję Lierre.

102. Grat British Bake Off
Czyli pieczenie ciastek może być naprawdę fajne. Strasznie polubiłam ten program i strasznie żałuję, że nie zapełnia już moich śród. Przynajmniej zaraz też obejrzę jego odcinki świąteczne (już ich tu nie będę dodawać tho).

103. Capitan America: Civil War
W końcu trzeba. Po pierwszym seansie pozostałam z poczuciem, że nie wiem czy mi się podobał. Z jednej strony był okej, z drugiej miałam wrażenie, że – wbrew prądowi – bardziej podobało mi się Age of Ultron. Po drugim seansie już mi się po prostu  podoba. To po prostu dobry film.

104. Star Trek: Beyond
Tu także trzeba było zobaczyć, czy to tak dobre jak mówią. No niezłe, choć od niczego mi nie urwało.

105. Krew na kocim gardle
Jeśli chodzi o teatr to zarosłam kurzem już dawno... Generalnie podobało mi się to przedstawienie. Warstwa meta niemniej była... toporna. Niby taka miała być i tak dalej, ale jednak... lepsza była całość przed tym fragmentem. Wolałabym inne domknięcie, bardziej wpasowujące się w gatunek. Pytania, które rodzi nie są może bardzo odkrywcze, niemniej nieodmiennie mi się podobają. Fajna była ta dychotomia, niemożliwość zadecydowania, czy Loebe rozumie ludzi, czy nie. Cały motyw szaleństwo, to, że ludzie są szaleni, bezsens egzystancji, jałowość życia – ducha czasu, chaos życia... Te motywy dobrze już znamy, ale tak, dobrze było je zobaczyć pokazane w takiej formie.

106. Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. sezon 4. pierwsze cztery (?) odcinki
Po rozczarowaniu poprzednią serią sięgałam jak po popcorn, bez oczekiwania czegoś bardzo dobrego, ot, bo jest. Okazało się, że w sumie jak na ten serial było całkiem nieźle. Ale poprzedni też ładnie się zaczynał a potem było jak było. Czyli bardzo źle. Tak, zobaczyłam te cztery odcinki, nawet z przyjemnością, ale potem zainteresowanie na tyle mi siadło, że nawet nie myślałam o tym, by te kolejne odcinki nadrabiać.

Na dziś to koniec. Czeka nas jeszcze jedna część, choć przez to, że obejmuje ona grudzień, możliwe, że na nią poczekacie odrobinę dłużej, tak żebym mogła dopisać naprawdę wszystko nowe, po co sięgnęłam w tym roku. A może macie pomysł, jakie podsumowanie mogłabym zacząć przygotowywać na przyszły rok?