16 kwietnia 2017

Wskroś czwartego wymiaru. Prelekcja Whomanikon 2017

W przedpoprzedni weekend byłam w Krakowie na Whomanikonie i mówiłam tam o podróżach w czasie. Jednak jako że ja to ja, poszło piorunem, zamiast w stateczne 50 minut. Dlatego uznałam, że warto szerzej rozpisać prelekcję, a wy na fanpage’u Frontu Wyzwolenia Daleków na tę propozycję zareagowaliście raczej pozytywnie. Przejdźmy więc do rzeczy.

Opis prelekcji był może odrobinę kryptyczny, niemniej piękny. Zobaczcie sami:

Czas. Ostatni Wymiar. Oto prelekcja ginny358 z Gallifrey.pl. Kontynuuje ona swą misję odkrywania, jak w fantastyce i w Doktorze Who funkcjonuje motyw podróży w czasie, szuka powracających, nieodmiennie powiązanych z nim toposów, by śmiało iść, gdzie jeszcze żaden whovianin nie dotarł...

A tak bardziej zrozumiale? To prelekcja o czasie i podróży w nim od strony literaturoznawczej (w tym także o podróży w czasie w Doctorze Who). Czasem zajmuje się mnóstwo dziedzin – czy to będzie filozofia, socjologia, czy nauki ścisłe – jednak nie chcę się tu zagłębiać w każdą w nich. Sama literatura (i, szerzej, wszelkie teksty kultury) to ogromny ocean powiązanych wątków i motywów odnoszących się do podróży w czasie. Oczywiście fizyka podróży w czasie jest fascynująca, ale jako że to nie moja działka, napomknę tylko o kilku rzeczach w tym wstępie i później już nie będę do nich wracać.

Z fizyki przede wszystkim bierzemy strzałkę czasu i wyrzucamy do kosza. O ile bowiem w fizyce jest ona nieodmiennie skierowana od przeszłości do przyszłości (ma to swoje naukowe uzasadnienie, ale leży ono już poza sednem mojego tekstu), to poza fizyką nie jest to tak jednoznaczne. Są i takie kultury, w których strzałka czasu biegnie od przeszłości do przyszłości. W fantastyce to spojrzenie wykorzystuje Terry Pratchett, którego trolle uznają, że skoro przyszłości nie widać, to ta musi być za nimi i vice versa. Są jednak także koncepty z fizyki, których fantastyka nie odrzuca, za to musi potem mierzyć się z paradoksami, jakie wywołują. Najpowszechniej znany to wormhole, czyli połączona czarna i biała dziura. Faktem pozostaje jednak, że podróż w przeszłość pozostaje (póki co?) niemożliwa. W przyszłość... Tu (nawet jeśli odłożymy na bok zwykłe poczekanie, aż ta nastąpi) sprawa jest mniej jednoznaczna. Mamy w końcu paradoks bliźniąt, który parę lat temu badała NASA, posyłając w kosmos jednego z braci Kellych. Pokrótce paradoks ten polega na tym, że posłany w kosmos brat będzie starzał się wolniej niż brat, który zostanie na Ziemi. Im dłuższa podróż, tym większa różnica.

Ale to tyle fizycznych ciekawostek. Zanim przejdziemy do właściwej części tego tekstu, chcę zaznaczyć, że jeśli chodzi o Doctora Who, będę mówić głównie o nowych seriach, bo je nadal najlepiej znam.

Zacznijmy od prostego podziału na czas linearny i kołowy. Oba można znaleźć w najdawniejszych tekstach kultury, oba też łączą się ze specyficznymi dla nich grupami pomniejszych motywów. Podróż w czasie można uznać za specyficzną podrealizację czasu kołowego, jakkolwiek odnajdziemy w niej także elementy czasu linearnego. Czas linearny to mit nowoczesny, cywilizacyjny, powiązany z judeochrześcijaństwem oraz z postaciami o pojedynczych (stałych) imionach. Za takie w Doctorze Who możemy uznać np. Jacka Harknessa i lady Ja. Jack od momentu swojej pierwszej śmierci, mimo nieustannego odradzania się, przeżywa swoje życie linearnie (plus minus jedna przygoda z Doktorem). Cały czas zachowuje też jedno imię. Chyba że uznamy, że faktycznie w pewnym momencie przybrał przydomek Twarzy z Boe, ale wtedy też jego przypisanie do czasu linearnego staje się mniej oczywiste, co... pasuje. W końcu przed porzuceniem przez Dziewiątego i po porzuceniu Torchwood nic nie więziło go w czasie linearnym. Lady Ja jest zdecydowanie mocniej z nim powiązana. Co prawda zmienia imię i to zapewne niejednokrotnie zanim przyjmuje „Ja”, niemniej można to uznać raczej za wyraz jej głębokiej nadziei, że Doktor po nią wróci i zabierze w nielinearny kosmos podróży w czasie. W końcu jednak nadzieja umiera, a rodzi się Ja, która jest kimś innym niż Ashildr. O ile jednak pod koniec The Woman Who Lived, mimo na nowo rozbudzonych nadziei, Ja pozostaje w czasie linearnym, o tyle intrygująco rysuje się jej sytuacja na końcu finału 9 serii. Nawet jeśli odebrać jej ucieczkę z Clarą jako jedną pętlę, po której znów wróci do linearnego życia, co miałoby powstrzymać ją przed podobną ucieczką przed końcem świata za każdym razem?

Czas kołowy z kolei to mit archaiczny powiązany z naturą i wszelkimi innymi mitami (do których fantastyka sięga bardzo często) oraz z postaciami o wielu imionach (takich jak Doktor). Ważnym elementem tego mitu jest coincidentia oppositorum, czyli tzw. zbieżność przeciwieństw. W Doctorze Who będzie to przede wszystkim spore grono postaci, które można przeciwstawić Doktorowi, zaczynając od towarzyszek i towarzyszy, przez Władców Czasu jako takich idąc, na wrogach kończąc (tu warto wyróżnić Mistrza i Daleków). Interesującym przykładem tej zbieżności opozycji są Doktor i Jack Harkness/Ja. Wszyscy troje są nieśmiertelni, ale tak jak Jack i Ja przeżywają swoje życia (mniej więcej) linearnie i pomimo kolejnych śmierci pozostają sobą, tak Doktor, immanentnie wpisany w czas kołowy, z każdą regeneracją odradza się jako zupełnie inna osoba.

Tyle podstawy ogólnoliterackiej, niemniej istotne jest jednak także to, skąd bezpośrednio wywodzi się nurt fantastyki opowiadający o podróżach w czasie. Nie było tu twardego startu. Po pierwsze, mimo powszechnego uznania za punkt wyjścia Wehikułu czasu Wellsa, tak naprawdę i inne teksty z tego okresu można za taki punkt uznać. Po drugie, mowa tu nie tyle o zmianie ilościowej, co jakościowej. Dzięki jednemu kluczowemu zabiegowi narrator niewiarygodny stał się wiarygodny. Ot, do równania dodany został wehikuł czasu. Wróćmy jednak jeszcze do początków gatunku. Tak jak horror pochodzi od powieści gotyckiej, tak literacka podróż w czasie wywodzi się z powieści utopijnych. Stąd też do dziś silne pozostają wątki utopijne i antyutopijne w gatunku, jakkolwiek niekoniecznie tylko te najoczywistsze dla każdego, kto kojarzy termin „utopia”. Pominę te oczywiste i przejdę do dwóch nieoczywistych, ale istotnych dla mechanizmu podróży, czyli utopijnego snu i śmierci. Śmierć jako taką omówię później, ważne jest jednak zaznaczenie jej utopijnego pochodzenia, które nadało jej w tekstach o podróżach w czasie konkretny kształt.

Sen był w utopiach głównym mechanizmem pozwalającym przenieść się bohaterowi do świata idealnego. To przy okazji wątek eskapistyczny kluczowy dla całej fantastyki – jakkolwiek mocno dziś już przetworzony i o wiele bardziej złożony, nawet wychodząc od antyutopijnego już przekazu Wehikułu czasu. Sam sen pozostawał jednak tym, czym był, całej podróży nadając onirycznego wydźwięku. Cała utopia to tylko marzenie senne. Fantastyka, jak wspominałam, urealnia utopijną podróż poprzez ustanowienie materialnego środka podróży. Jednakże nie oznacza to, że sen jako środek podróży w czasie się nie pojawia. Mamy tu do czynienia z dwiema realizacjami tego motywu: dosłownym snem i podróżą w ciele. Obie od utopii oddziela narracja – o ile inne postaci poboczne w obu wypadkach mogą wątpić w prawdziwość ewentualnego świadectwa/dowodu, narracja nieutopijna jednoznacznie wskazywać będzie na prawdziwość podróży.

Podróż w ciele polega na swoistym rozszczepieniu umysłu i ciała. Podczas gdy ciało przeżywa życie linearnie, umysł robi to niechronologicznie. Takie podejście spotkamy choćby w jednym z tekstów Borgesa czy u Kurta Vonneguta w Rzeźni numer pięć i Trzęsieniu czasu. W tej pierwszej główny bohater, Billy Pilgrim, wypada z czasu i przeżywa swoje życie nie tylko nie po kolei, ale także każdy fragment wielokrotnie, bez możliwości ucieczki w śmierć, która jest tylko krótkim momentem po życiu, z którego natychmiast każdy wraca do życia (tyle że odmiennie od Billy’ego, inni nie zdają sobie z tego faktu sprawy). W Trzęsieniu czasu następuje tytułowe trzęsienie, które przenosi o dziesięć lat w przeszłość całą ludzkość, zmuszając ją do przeżycia całej dekady ponownie dokładnie tak samo. I znów tylko jedna postać jest świadoma sytuacji, której nijak nie może przeciwdziałać.

Utopijny sen w znaczeniu dosłownym z kolei spotykamy między innymi w Doctorze Who, chociaż tylko jako pomniejszy środek komunikacji. Serial ucieka się do motywu łączonego snu, w którym, wykorzystując fakt, że sen jest wyjęty spoza czasu, spotykają się między innymi żyjący w czasach wiktoriańskich madame Vastra, Jenny i Strax z River z odległej przyszłości i Clarą z XXI wieku. Co istotne, do takiego spotkania nie potrzeba woli każdego śniącego, wystarczy, że jedna strona sięgnie do umysłów tych, z którymi chce się skontaktować. Jednocześnie jednak pobyt w łączonym śnie pozostaje dobrowolny i w każdej chwili można z niego wyjść.

Wróćmy na moment do Wellsa. W Wehikule czasu nie tylko ustanawia on antyutopijny kierunek tej części gatunku, dając podbudowę pod dyskurs zaangażowany we współczesne kolejnym autorom problemy etyczne, polityczne, filozoficzne itd., ale też we wstępie i zakończeniu podbudowuje pozorną naukowość podróży w czasie (również przecież charakterystyczną dla gatunku). I tak jak środkowe rozdziały całkiem naturalnie się zestarzały, tak ta początkowa, hipotetyzująca dysputa dżentelmenów, podejmująca nowinki naukowe, wciąż ma w sobie pewien powab – niekoniecznie dotyczący samych faktów naukowych[1], ale z pewnością samej metody analitycznego myślenia. I choć to już nauki ścisłe, których miałam nie poruszać zanadto, tu należy jednak pokrótce pokazać geniusz prostoty myślenia Wellsa, świetnie imitującego hipotezę naukową[2]. Wells oto, ustami Podróżnika w czasie, przypomina nam o istnieniu czterech wymiarów, z których trzy przestrzenne udało nam się do jakiegoś stopnia pokonać. Nie poruszamy się wyłącznie po powierzchni Ziemi; mamy dzięki rozwojowi technologii balony i samoloty, a dziś także statki kosmiczne czy ISS. I stąd robimy krok do przodu pytając (retorycznie), dlaczego nie miałby nastąpić rozwój technologii pozwalający przełamać strzałkę czasu.

Pozostając jeszcze na moment przy początkach, to także z nich biorą się korzenie kierunków dzisiejszych fantastycznych podróży w czasie. Ten aspekt można rozpatrywać pod różnymi kątami (sama odwołam się jeszcze, poza technicznym, do jednego czy dwóch innych) i ponownie, od stosunkowo prostych początków dzieli nas długa droga, ale warto te początki znać. Na przykładzie brytyjskiej fantastyki okresu mniej więcej pierwszej połowy XX wieku możemy wyróżnić trzy schematy podróży w czasie. Po pierwsze, mamy podróż po jednej linii czasowej, początkowo raczej prostą – do (anty)utopijnej przyszłości i z powrotem do momentu, z którego bohater wyruszył, z ewentualną możliwością ponownego przeskoczenia w przyszłość i powrotu do punktu wyjścia. To schemat właśnie z literackich utopii, kontynuowany w Wehikule czasu. Pozostałe dwa opierają się na istnieniu światów alternatywnych: biegnących równolegle lub rozbieżnie względem siebie. Światy równoległe nie mają ze sobą wspólnych płaszczyzn w swoich historiach[3], jednakże możliwe jest przechodzenie między nimi. W którejkolwiek z trzech płaszczyzn:

  • od przeszłości swojego świata ku przyszłości światów odwiedzanych;
  • od przyszłości swojego świata ku przeszłości światów odwiedzanych;
  • od teraźniejszości swojego świata do teraźniejszości światów odwiedzanych.

Światy rozbieżne od poprzedniego rodzaju odróżnia wzajemny układ światów, mający swoje przyczyny fabularne[4], które można włożyć do wspólnej kategorii spodni czasu. Jeśli rozrysować schemat takich światów, otrzymamy położone na boku, rozgałęziające się od przeszłości do przyszłości drzewko. To te światy od „każde wydarzenie w jednym świecie powoduje narodziny świata identycznego, aż do tego zdarzenia, które w tym nowym świecie zachodzi inaczej”. Oczywiście w rzeczywistości każde zdarzenie ma niezliczone warianty, więc gdyby istniały, takich światów już na samym początku byłoby nieskończenie wiele. Dlatego fantastyka często upraszcza tę teorię, ograniczając jej działanie do kluczowych momentów życia danej postaci.

Ładnie obrazującym cały schemat przykładem będą Pratchettowskie spodnie czasu (analogię można zresztą pociągnąć także do Hawkinga). Pratchett realizuje ten motyw różnie w różnych tomach Świata Dysku, zależnie od zamierzonego efektu. Najprostszą wersję wykorzystuje w Bogowie, honor, Ankh-Morpork, gdzie posyłając na wojnę komendanta Vimesa, każe mu zawrócić na moment po De-Terminarz (ładna gra słów, prawda?), czyli coś w rodzaju smartfonu działającego na chochlika. Jednakże, jako że dzieje się to dokładnie w momencie rozdarcia czasu na dwie „nogawki”, Vimes chwyta De-Terminarz drugiego (równoległego) Vimesa, który został w mieście. Ten zabieg, początkowo tylko komiczny, ostatecznie prowadzi do poruszającej sceny, w której zdezorientowany chochlik recytuje godziny śmierci kolejnych podwładnych komendanta oraz samego Vimesa. To tylko drobny wgląd w ten drugi świat, ale bardzo precyzyjnie wykorzystany.

Pozostając przy Vimesie, w późniejszej powieści Pratchett najpierw przenosi go w przeszłość, co powoduje potencjalnie katastrofalne zmiany od tego momentu w historii Ankh-Morpork. Vimes musi dopilnować, by rozszczepione nogawki przeszłości złączyły się z powrotem w jedną przyszłość. O ile jednak w Bogowie, honor, Ankh-Morpork mamy do czynienia z dość prostym obrazem czasu, o tyle w Straży nocnej każde wyjaśnienie tego, jak działa przyczynowość całej sytuacji, jakie utworzy sobie komendant lub które zostanie mu przedstawione, otrzyma zaraz miano przydatnego kłamstwa. Czegoś, czego dobrze się trzymać, żeby mieć poczucie zrozumienia, ale co tak naprawdę nijak się ma do faktycznego stanu rzeczy.

Tak złożony obraz świata wprowadza poprzedzający Straż nocną tom Złodziej czasu, gdzie Pratchett robi coś, co spotykamy także w Doctorze Who. Czyli nie tyle alternatywne światy (jakkolwiek te w serialu również istnieją), co alternatywną historię, którą zapominamy, gdy ulegnie zmianie, ale której strzępki przesączają się do naszej pamięci. A że takie zmiany są nieustanne, nasza pamięć to prawdziwy chaos.

Pozostaje także pytanie, czy zmieniać wydarzenia, czy też nie. W teorii różne teksty różnie podchodzą do tej tematyki, ale prawda jest taka, że bardzo trudno jest stworzyć tekst kultury o podróżach w czasie, którego bohater nijak nie wpływałby na świat przedstawiony. Postawy postaci mogą być różne, ale też czas sam w sobie to zmiana. Osobiście z prawdziwym brakiem zmiany czasu spotkałam się tylko u Vonneguta. Jego Tralfamadorczycy i ich czas „zanurzony w bursztynie”, w którym wszystko dzieje się tak, jak się dzieje, ponieważ tak właśnie się wydarzyło, to fascynujący, a zarazem niezwykle smutny (mimo pozornie beztroskiego przekazu) motyw. Mało który autor ma jednak tyle konsekwencji i pomysłu, by naprawdę uczynić czas swojego utworu całkowicie deterministycznym. Omawianie wszelkich znanych mi kontrprzykładów mijałoby się z celem, ograniczę się więc tylko do Doctora Who. Jest on o tyle ciekawy, że o ile sam Doktor ingeruje w wydarzenia nieustannie, a i cały wszechświat (o czym już mówiłam) jest niezwykle podatny na zmiany historii, o tyle Władcy Czasu wyznawali/wyznają zasadę nieingerencji w historię. Zasada ta jednak polega nie na prostym nieingerowaniu w historię wszechświata, a na dopasowywaniu jej nieustannie do jednej linearnej linii czasu, jaką Władcy Czasu uznali za jedynie słuszną. Nie wszyscy Władcy Czasu oczywiście zgadzają się z tą polityką (a pośród nich także Doktor), niemniej tym przede wszystkim zajmuje się ta kasta, jeśli chodzi o politykę międzyplanetarną.

Bardzo ciekawymi motywami, o których chcę także opowiedzieć, są powiązane ze sobą labirynt i spirala. Oba są niezwykle stare i powiązane także z czasem poprzez mit archaiczny, oba posiadają centrum, które miało być świętym miejscem, ale które niekoniecznie takim pozostaje w tekstach o podróży w czasie (choć nadal to kluczowy punkt, stanowiący o odczytaniu całego utworu, centralny punkt losów bohatera). Labirynt czasu nie jest bezpiecznym miejscem. Symbolizuje, między innymi, nieskończoność, ale też nierozwiązywalne problemy, błędne koło, ból, świat i życie czy krainę zmarłych – widać tu więc swoistą dychotomię, coś na wzór „przez cierpienie do gwiazd”, bardzo utopijne w wymowie. Fantastyka więc całkiem naturalnie neguje ten obraz, wskazując bezsens cierpienia, odzierając je z romantyzmu, sprowadza czytelnika na ziemię, otwiera oczy na trudną prawdę. Warto również zwrócić na marginesie uwagę na fakt, że labirynt pierwotnie był jaskinią.

Spirala także ma wiele, często sprzecznych, znaczeń – od życia i nadziei po walkę i śmierć. Jak podaje Władysław Kopaliński, to symbol pochodzący z epoki kamiennej, którego znaczenie pozostaje sporne. Związany był z cyklicznością w naturze, pozwalającą dotrzeć do centrum. Powiązany jest także z czasem i pamięcią oraz z władzą, potęgą i wróżbą. Co istotne, znaczenie spirali jest odczytywane odmiennie w zależności od kierunku, w którym się skręca:

  • spirala lewoskrętna (skręcająca się do wewnątrz): ześrodkowanie, skupienie, introwersja, regres, a także destrukcja, śmierć, ściganie się;
  • spirala prawoskrętna (skręcająca się na zewnątrz): rozprzestrzenianie się, ekstrawersja, rozwój, wszechświat;
  • podwójna spirala z kolei oznacza śmierć i zmartwychwstanie, powrót i odnowienie.

Czasami trudno jednoznacznie określić, czy mamy do czynienia z labiryntem, czy może raczej ze spiralą, czasem też te motywy łączą się ze sobą, mieszając swoje znaczenia i sensy. Kiedy indziej są one dosłowną częścią świata przedstawionego. W Doctorze Who labirynt czy spirala mogą pojawiać się w poszczególnych odcinkach (taką historią jest np. The God Complex przetwarzający mit Minotaura), trudno jednak wpisać w taką strukturę cały serial, gdy wciąż pozostaje on otwarty. Z pewnością można by tu wyciągnąć na wierzch sensy pasujące do spirali i labiryntu, można też pokusić się o wykazanie labiryntowej lub spiralnej struktury metawątków serialu, jednakże wymagałoby to ogromnego nakładu pracy. Podobnie ma się sprawa z Rzeźnią numer pięć, jakkolwiek tu sama struktura powieści, podzielonej na krótkie akapity o powracających wątkach, dużo wyraźniej wykazuje spiralno-labiryntową strukturę. Wskazuje na nią także centrum historii będące wyrwą w pamięci, pustką, czarną dziurą rozłamującą życie bohatera. To centrum labiryntu to śmierć, od której nie można uciec, ponieważ wszystko – włącznie z tym momentem absolutnej śmierci – wciąż „zdarza się” w nieskończonym tańcu życia.

Spiralę odnajdziemy także między innymi w Wiedźminie – tu już pada sam termin, przynależny elfiej magii i mitologii. Jest to więc spirala losu, powiązana z fatum i zdecydowanie podwójna, wiążąca Ciri z nieskończonością i śmiercią, ale też dająca jej nadzieję na ucieczkę ze swojego losu. Jako Pani Czasu nie jest nim związana, nie podlega jego linearnej czy spiralnej strukturze. Spirala to jednak nie tylko mityczny koncept, ale i magiczna struktura, łącząca w konkretny sposób światy i czasy, dzięki której między tymi konkretnymi punktami multiwersum mogą przemieszczać się elfy.

W Innych pieśniach Jacka Dukaja raz po raz powracają tak labirynt i jaskinia, jak i spirala, pozostając nieodmiennie połączonymi. Tu centrum labiryntu pokazuje nam bohatera niepewnego egzystencjalnie, pozostawiając nas z pytaniem, czy pan Berbelek jest panem Berbelekiem, czy też kratistosem pozaczasowych Adynatosów i kiedy, o ile w ogóle da się tu zastosować kategorię czasu, doszło do zamiany? Los Berbeleka pozostaje tragiczny i nieunikniony, być może zaplanowany od początku przez Illeę. Tym niemniej fascynuje, jak adynatosowe koszmary prześladują go od dzieciństwa, wiele lat przed tym, zanim Adynatosi pojawią się na Księżycu i później na Ziemi. To akurat o tyle ciekawy przypadek, że sama bezczasowa podróż odbywa się, ukryta głęboko w strukturze powieści i bardzo łatwo przegapić jej istnienie pomiędzy tyloma interesującymi wątkami.

Zapewne wam przychodzi na myśl jeszcze więcej przykładów, ja ograniczę swoje wyliczenie w tym momencie do stwierdzenia, że to motywy, które zadziwiająco wręcz często powracają w tekstach o podróżach w czasie. Tak często, że podobnie jak śmierć, o której opowiem za chwilę, zdają się (a może faktycznie są) ich nieodłączną częścią, zawsze obecną, nawet jeśli bywają ukryte i wcale nie inkorporowane celowo do opowieści przez autora.

Śmierć to nieodłączny moment przejścia w trakcie podróży w czasie, obecny, jak zdążyłam kilkukrotnie wspomnieć, już w utopiach, gdzie następuje podróż poza granicę śmierci, a później powrót tuż przed granicę i odkrycie, że samemu się umarło i nie ma dla nas powrotu do świata żywych. Nie da się z powrotem przekroczyć tej granicy, choć przecież nadal się istnieje i jest się sobą, to zbyt odmiennym – umarłym dla poprzedniego życia. Następuje zmiana tego, kim się jest i to zmiana w niemożliwym do przewidzenia kierunku. Jedyne, czego można być pewnym, to tego, że zmiana jest nieuchronna.

Fantastyka głęboko czerpie z tego motywu. W podróż w czasie zawsze na jakimś poziomie wpisana jest taka śmierć odcinająca od świata żywych, nawet jeśli widocznych na brzegu, to niemożliwych do dotknięcia – chyba że to oni zdecydują się na dołączenie do takiego podróżnika. Podróż w czasie alienuje, zrywa więzi z życiem, pokazuje szerszy obraz za cenę utraty wąskiego spojrzenia.

W samym Doctorze Who mamy do czynienia z ogromem realizacji tego motywu, ale zdecydowanie nie mam tyle czasu, by wszystkim poświęcić po kilka słów. Dlatego też zajmę się jedynie paroma, ale najpierw pokażę wam, co w jednym ze swoich opowiadań zrobił z czasem i śmiercią James Blish. Otóż czas statku kosmicznego jest tam inny niż czas, w którym funkcjonuje pasażer tego statku, a oba są inne niż czas na Ziemi i pozostałych planetach. To prowadzi do rozprzężeń i sprzężeń pomiędzy nim, co z kolei sprawia, że w trakcie podróży pasażer wielokrotnie umiera i się odradza. Do tych śmierci dochodzi, gdy czas, funkcjonujący jako zauważalne zmiany, wraz ze swoim przyspieszeniem zanika, bo i zauważalnych zmian już nie ma. Pozorna śmierć bohatera, zgodnie z przewidywaniami, zmienia jego osobowość, co ma na nią destrukcyjny wpływ. Widać tu wyraźną paralelę z regeneracjami Doktora. Choć przyczyny śmierci i odradzania pozostają odmienne, a i u Doktora zmienia się nie tylko charakter, ale też ciało, to śmierć w obu przypadkach nieustannie odcina możliwość powrotu do tego, kim byli przed nią.

Innym przykładem są nieustanne śmierci Jacka Harknessa i Ja, poprzez swoją nieśmiertelność bardzo nieludzkich, gotowych dla większego dobra albo własnych celów, podejmować wątpliwe moralnie (jeśli nie po prostu niemoralne), mimo że często także bolesne dla nich samych, decyzje.

Najmniej destrukcyjnie zdają się wpływać podróże w czasie na towarzyszy Doktora, choć i tu zdarzają się śmierci (Clara, Rory, Molly O’Sullivan), a odejście z TARDIS tych z nich, którzy żyją, ma w sobie wiele z tragedii. Nawet Martha, która odchodzi z własnej woli, robi to rozczarowana tym, że nie otrzymała tego, na co miała nadzieję. Przedtem Rose umiera dla swojego świata; podróże z Doktorem prowadzą ją do momentu, w którym zostaje fizycznie uwięziona we wszechświecie, który nie jest jej wszechświatem, a choć udaje jej się na moment wrócić do „świata żywych”, ostatecznie na zawsze powraca na Ziemię, będącą jej „krainą śmierci”. Później serial robi coś interesującego, pozwalając powrócić do dawnego życia Donnie – i nie bez przyczyny wygląda to właśnie tak, a nie inaczej. O ile Martha mogła odejść z pamięcią swoich podróży z Doktorem, o tyle Donna, która dopiero na TARDIS ożyła, by wrócić z „krainy śmierci” do „świata żywych”, musi zapomnieć, kim stała się dzięki Doktorowi. Jej zmiana była zbyt głęboka, by inny powrót był możliwy, tak jak zmiana Marthy ograniczała się do akceptacji rozczarowania, co prowadziło do powrotu bardzo naturalnie. Dalej Amy i Rory umierają dla Doktora, choć żyją dalej – tyle że poza zasięgiem Władcy Czasu. Rory zresztą sam wielokrotnie umiera, by zaraz powracać, jednakże nawet pomimo najgłębszych nawet prób przepisania go na inną osobę, Rory pozostaje sobą. Rory, można rzec, to pewna stała we wszechświecie. I w końcu dostajemy Clarę, która tak dalece nie potrafi łączyć obu żyć, że ostatecznie prowadzi ją to do faktycznej śmierci, a choć zatrzymuje się dzięki Doktorowi na jej progu, nie ma dla niej powrotu do świata żywych, tak dalece, że jeśli nie zawróci ostatecznie ku swojej śmierci, cały czas się rozpadnie. Dokąd zmierza historia Bill, dopiero przyjdzie nam się dowiedzieć, ale zapewne i tutaj śmierć odegra pewną rolę.

Wróćmy też do Ciri i Wiedźmina. Wspomniałam już, że dziewczyna powiązana jest ze śmiercią. Dokładniej Cirilla właściwie sama jest określana mianem Śmierci, którą przynosi innym – w tym połączonemu z nią przeznaczeniem Geraltowi. Ciri więc nie tyle sama umiera, co doświadcza raz po raz śmierci bliskich jej osób, która zawsze następuje z jej powodu, a jeden jej skok przez czas i przestrzeń i z powrotem jest stanie wywołać pandemię dżumy.

I ponownie, przykłady można by mnożyć, wyszukując kolejne teksty o podróżach w czasie, ale szczerze, to jest już stosunkowo późno, a ja piszę przy latarce z komórki, pozwólcie więc, że po prostu przejdę do następnego punktu moich notatek.

Mandala pojawia się w tych powieściach itd. dużo rzadziej, myślę jednak, że warto poświęcić jej odrobinę miejsca. Mandala to przede wszystkim odwzorowanie teraz. O ile jednak w rzeczywistości jest ono statyczne i siłą rzeczy nie istnieje możliwość, żeby było absolutnie dokładne, o tyle fantastyka podejmująca temat podróży w czasie otwiera jej ciekawe możliwości. I tak w Złodzieju czasu Pratchetta mandala nie tylko jest absolutnie dokładna, ale też nieustannie się aktualizuje, pokazując zajmującym się nią mnichom historii wszelkie przekłamania w biegu wydarzeń. Mandalę mamy też w Wiedźminie, gdzie stanowi element elfiej ornamentyki. Elfia mandala na mieczu Ciri wyznacza jej spiralny los, z którego jednak (co symbolizuje jaskółka) Ciri ma nadzieję się wyrwać. To nie tyle odwzorowanie teraz, co symbol-przepowiednia, sama w sobie dająca nadzieję Cirilli.

Na koniec coś nie lekkiego i łatwego, ale zdecydowanie przyjemnego. Połamany czas. Czyli, dla oddania obrazowo, wyobraźcie sobie, że czas to tabliczka czekolady. Teraz wyobraźcie sobie, że ktoś połamał ją na drobne kawałki i zrzucił na kupkę. Nadal macie tyle samo czekolady, ale nie macie już tabliczki. Ten motyw nie pojawia się często, bo trudno go napisać, a i z reakcji, z którymi się spotkałam, dużo ludzi takiego czasu nie rozumie. Nic w tym zresztą dziwnego, bo przecież czas nawet w wydaniu linearnym nie jest łatwy do zrozumienia. Ale też osobiście bardzo lubię ten rodzaj literackiego czasu. Spotkamy go między innymi w Ostatnim kontynencie Pratchetta i w Rzeźni numer pięć. U Pratchetta ten czas funkcjonuje tak tylko na jednym kontynencie, który powstał na samym końcu i dlatego zostało dla niego niewiele czasu. To wywołało konieczność jego rozciągnięcia, wypełnienia swoistymi resztkami po prawdziwym płynącym normalnie czasie. Dzięki czemu możliwe jest, by to, co np. dopiero się zdarzy, wpływało na to, co się już zdarzyło, to, co się nie zdarzyło, ale mogło, miało wpływ na to, co się faktycznie zdarza, a naskalne malunki miały kilkadziesiąt tysięcy lat, istniejąc od pięciu minut. To prawdziwy chaos czasu, który wymaga naprawy. Vonnegut łamie czas jednej osoby. Niechronologiczne przeżywanie życia przez Billy’ego Pilgrima symbolizuje jego połamanie i niemożliwość naprawy, ułożenia w chronologiczną, zrozumiałą całość, dającą złudne, ale tak bardzo każdemu człowiekowi potrzebne, poczucie bezpieczeństwa.

Zapewne można znaleźć jeszcze i inne powracające motywy dotyczące podróży w czasie, ja jednak tutaj się zatrzymam z nadzieją, że dowiedzieliście się z tego wpisu czegoś nowego i interesującego.



[1] Część z nich całkowicie się zdezaktualizowała, część, jak wyraźne nawiązania do kwantów publicznie ogłoszonych około pięć lat po premierze powieści Wellsa, pozostaje żywa także dziś.
[2] Imitującego, ponieważ to, co działa w obrębie świata przedstawionego, zapewne w rzeczywistości nie ma najmniejszego sensu.
[3] To znaczy, wszelkie zbieżności są dziełem przypadku, a nie – jak w światach rozbieżnych – wynikają ze swojego współistnienia. Etykietki nadawane przez twórców mogą tu wiele mieszać. Po części także dlatego, że obecnie sam podział nie jest tak prosty, jak w początkach gatunku.
[4] Możliwe kierunki podróży są identyczne, jak przy światach równoległych.

27 marca 2017

Tylko ty możesz uratować wszechświat

A może jednak nie. Niemniej, gdziekolwiek do tekstu fantastyki zajrzycie, tam bardzo prawdopodobne, że będą. W mainstreamie zapewne także, choć może w mniejszym stopniu. Nie wiem, za mało niefantastyki czytam. Niemniej w tym gatunku najłatwiej jest napisać postać wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju albo wręcz wybrańca. A ja wciąż na nowo odkrywam, że nuży mnie ten typ postaci. I że przecież także zwykła postać może przeżywać niezwykłe przygody, że bohaterem opowieści naprawdę może być ktoś taki jak ty, czy ja. Ktoś przeciętny, ktoś kto nie jest geniuszem, ani nie ma niezwykłych talentów. Ktoś, nad kim nie ciąży żadne przeznaczenie ani kismet. Ot, taka przysłowiowa Kowalska, której akurat przydarzyły się rzeczy.

Na co dzień jakoś bardzo o tym nie myślę, czytając o panu Berbeleku i jego koszmarach, albo o babci Wheatherwax, która jest wiedźmą wiedźm. Albo o spętanych przeznaczeniem wiedźminie i wiedźmince. Oglądając kolejne przygody Doktora, Sama i Deana Winchesterów, Daredevila, czy Jessiki Jones. Powtarzając sobie po raz milionowy Harry’ego Pottera. Daję się pochłonąć opowieści, ale jednak ta zadra we mnie tkwi, czasami objawiając się silniej, czasami słabiej. Wątpliwość. Poczucie, że gdzieś, coś się w ludzkości nie udało, że tak właśnie, mniej lub bardziej podświadomie, przekazujemy sobie tę nieprawdę: jeśli chcesz czegoś dokonać, jeśli chcesz przeżyć przygodę, musisz być wyjątkowym człowiekiem. Że nie możesz być zwyczajny, by być kimś istotnym.

Czasem też włącza mi się inna jeszcze refleksja, dotycząca pewnego podrodzaju opowieści. Oto mamy niewydolny system, dający pole do popisu siłom zła, ale przychodzi vigilant/bohater i on samojeden zwalcza zło. Tylko co z tego, skoro system nadal jest niewydolny – ergo, zło powróci, a do obrony przed nim cała społeczność będzie miała tylko jednostkę. Ja wolałabym, żeby vigilant/bohater pomógł naprawić system, niż bić się ze złem za wszystkich innych. I dotyczy to tak samo Danny’ego Randa, jak Albusa Dumbledore’a.

Ten kult jednostki jest niebezpieczny. Łatwo zapomnieć, że tak naprawdę świat to nie tacy bohaterowie, którzy sprawią, że wszystko będzie dobrze. Może faktycznie łatwiej jest napisać jedną główną postać, ale zawsze można ją napisać tak, by była bliżej ziemi niż boskości. By była jedną z wielu i by szła jedną z wielu możliwych ścieżek. Żebyśmy naprawdę mogli się w niej przejrzeć. W kwestii motywacji, lepsze od przeznaczenia jest samodzielne podjęcie decyzji.

Tak naprawdę, każde z nas może uratować (wszech)świat. Każde z nas może działać. Najlepiej razem.

13 marca 2017

Korektor mode is never off

Never.

Dziś pewnie krótko i o czymś, o czym raczej mało tu mówię. Ot, korekta. Dziś już nie jest taką tajemnicą, więc nie będę wam jej teraz opowiadać z definicji. Gdyby was ciekawiła bardzo, zawsze macie Ulę Łupińską i jej blog :) 

A ja? Mnie, jak dotąd, nikt za nią nie płaci, mimo że uwielbiam ją dłubać. Ale może i to się zmieni z czasem, skoro ostatnio robiłam korektę, którą mogłam wpisać sobie do cefałki. To nie pieniądze, ale to doświadczenie, które mam nadzieję, ktoś kiedyś doceni. Jest Gallifrey.pl, gdzie razem z Lierre praktycznie od początku zaczęłyśmy męczyć, żeby była korekta. Z czasem wyewoluowała do całego działu korekty. Ot, wolontariat.

Pisałam już kiedyś, dawno o tym, że dłubię moje książki (to znaczy książki, które posiadam). Zdarza mi się siłą powstrzymywać od pasywno-agresywnej korekty rzeczy. Nie zawsze się powstrzymuję. Nie znoszę zaimka osobowego pisanego wielką literą wszędzie. To wiedza z podstawówki, że wielki ma być tylko i wyłącznie w listach. Wielka litera podkreśla, każe położyć akcent nienaturalnie, w środku zdania, zaburzając jego rytm. Nakazuje skupienie na osobie, do której piszemy*, nie na właściwym podmiocie zdania. Nie piszę zaimka osobowego wielką literą nigdzie, ale jeśli gdzieś już miałby być, to tylko w listach. Dla jasnego przekazu: listem jest list tradycyjny oraz e-mail. Listem nie jest SMS, post na blogu, portalu, czy wallu Facebooka, wiadomość na czacie, dzieło literackie (nieważne jak grafomańskie by nie było), ani reklama tudzież inne formy wypowiedzi zapisujące nieodmiennie zaimek osobowy wielką literą.

Nie umiem w przecinki. Kto pomyślał, że mam na myśli metonimię i tak naprawdę pisząc „przecinki” chodzi mi całą interpunkcję? Niespodzianka. Chodzi mi tylko o przecinki, a i to nie całościowo. Część zasad znam i bez problemu stosuję. Coraz więcej staram się zapamiętać i stosować. Z pozostałymi dziewięcioma znakami przestankowymi nie mam problemu. Ćwiczenie dla was. Weźcie do ręki słownik ortograficzny i zobaczcie ile stron ma dział objaśniający stosowanie znaków interpunkcyjnych. Zobaczcie ile z tego miejsca zajmuje przecinek. To Nie jest łatwe do przyswojenia. Kogo z was porządnie nauczyli wszystkich tych zasad dotyczących jednego przecinka? Kto używa go na wyczucie? Tak, tak, lekcje języka polskiego nie są od tego, żeby porządnie nauczyć dzieci i młodzież zasad pisowni języka polskiego. Takie fanaberie to na własną rękę. Może jeszcze chcecie, żeby was nauczyć poprawnie odmieniać zaimek „ów”?

Trochę mam kompleksy przez te przecinki i poczucie, że jednak nie dość dobrze umiem korektę. Nadal lubię ją dłubać. I nadrabiam dokładnością w reszcie wartych poprawy pierdółek. Tak myślę.

Mimo moich silnych poglądów na język górują nad nimi dwa inne poglądy. Wątpliwość, to nie zło. Słownik, to dobro, z którym warto się konsultować.



* Czyli na sobie samym czytający ma się skupić, a nie na wiadomości, jakakolwiek by ona nie była.

27 lutego 2017

Kto by nie chciał być dupkiem?

Na przykład ja. Zapewne także większość, jeśli nie wszyscy, z was. Dlaczego więc tak usilnie czasami nam się w popkulturze takie postaci każe śledzić i jeszcze do tego z nimi sympatyzować? Jest oczywiście przypadek „uroczego dupka”, który ulega w trakcie dzieła przemianie, który jeszcze mi nie przeszkadza (na myśl przychodzą choćby Iron Man i Doctor Strange z MCU), ale było ostatnio kilka takich postaci, które sprawiają, że zastanawiam się, co ludzie widzą w tych utworach. Dlatego choćby zupełnie nie rozumiem fenomenu Whiplash. To precyzyjnie skonstruowany film, ostatnia scena jest bardzo dobra, ale cały ten przekaz o dążeniu przez cierpienie do spełniania marzeń mogę skwitować tak: A co mnie obchodzą marzenia jakiegoś dupka.

Może jednak przejdźmy do clou tego wpisu. Oto, od jakiegoś czasu czytam Czasomierze Davida Mitchella*, pożyczone mi przez Lierre i mam z tą książką sporo problemów. Jednym z nich jest fakt, że aż dwoje głównych bohaterów z dotychczasowej piątki to dupkowie. I do tego cały czas w ich rozdziałach mamy pierwszoosobówkę, która ma nas do nich zbliżać. Tyle że nie. Pierwszy z nich, Hugo Lamb – student, kanciarz, gnojek – jest tak irytujący, że przebrnęłam przez jego rozdział tylko dlatego, że postanowiłam jednak doczytać tę książkę do końca. Ach, i jeszcze miałam nadzieję, że będzie tam w końcu więcej fantastyki. Tego, co zapowiada tytuł. Drugi z nich, Crispin Hershey, do pewnego stopnia przechodzi jakąś przemianę, ale cały czas jest „kiedyś sławnym autorem”, któremu aktualnie z wielkości pozostało wielkie ego i sam ten wątek jest tak irytujący... Autor, który umieszcza w książce autora, uważającego, że taki zabieg jest żałosny? Zapewne miało to być zabawne/autoironiczne, ale do mnie zupełnie nie przemawia. Cała narracja Czasomierzy jest tak naciągana**, że przy lekturze tego rozdziału nie miałam poczucia wyraźnej inności Mitchella jako autora i Herseya*** jako autora, a nie jest to konkluzja napawająca optymizmem.

I tak jak rozumiem eksperyment, a Atlas chmur mi się podobał, tak tu eksperyment uznaję za nieudany. Ostatnio w ogóle mam problem z lekturami traktującymi o nadludziach, ale jeśli już mam czytać takie narracje, to chcę mięsa fabularnego, a nie narracji z punktu widzenia jakichś noobów, co najwyżej ledwie dostrzegających odpryski większego obrazu. I do tego po większości te postaci są nieciekawe... Teraz pomału mięso się zaczyna, ale poprzednie 400 stron? Zupełnie nie fantastyka, miszmasz jakiś; niesmaczny gulasz na w dużej części nieświeżych kościach, który ma być niby czymś w rodzaju rozgrywki RPG, z mieszaniem czasem, mistyką...

Dałoby się z tego szkieletu zbudować naprawdę wciągającą, ciężką opowieść, niosącą ważki przekaz. Niestety czytam tę powieść i co i rusz łapię się na tym, że czytam o postaciach, które mnie nudzą, albo irytują i bardziej się z tą lekturą męczę niż czerpię z niej przyjemność. Że zamiast lat rozwoju kobiecej protagonistki, dostałam trzy dni jej nastoletniego buntu, a potem nagle zaczęli się bohaterzy męscy, dla których Holly była obiektem mniej lub bardziej w tle. Właśnie zaczyna się piąty męski protagonista książki, a to przedostatni rozdział... Lierre napisała, że może zaczerpnę z tej książki, coś do mojego pisania. W tej chwili widzę jedną taką rzecz: Jak tego nie robić. I jest mi smutno tym bardziej, że przecież chciałam przeczytać tę książkę.



* Tak, tego od Atlasu chmur.
** Jednym z idiotyczniejszych pomysłów było wprowadzenie całkiem serio wątku autorki kiepskiej poezji, która miała być literalną instrukcją walki z tutejszym odpowiednikiem Reptillian.
*** Pewną wskazówką jest ten „moment”, kiedy to Hersehy niby ma być całkiem inny od swoich bohaterów, o których stwierdza, że „są gnojkami, którzy zasłużyli na to, co ich spotyka”, a tymczasem sam jest dokładnie takim dupkiem.