3 lipca 2017

Autor, którego lubisz jest homofobem. Ale to nic takiego

Tylko, że jednak nie. To jest coś ważnego, coś wielkiego. Dlaczego? Przecież poglądy autora nie rzutują na to, co pisze? Przecież narrator a autor to nie to samo? Prawda? Ale kiedy sam piszesz, wiesz, że to nie jest prawda. To tak nie działa, że da się oddzielić jedno od drugiego – jak w magicznej sztuczce z przecinaniem asystentki magika na pół. Dwie żywe połówki. Jedna żywa całość. Ale to i tak tylko sztuczka. Kłamstwo ubrane w zachwycającą fikcję.

Oto więc Pyrkon zaprasza jako gościa Orsona Scotta Carda. Autora ponoć świetnej i wcale nie homofobicznej Gry Endera. Pojawiają się najróżniejsze głosy odpowiedzi. Jedni nie pojadą na Pyrkon, inni nie wiedzą, czy pojadą, jeszcze inni owszem, pojadą, bo w końcu Pyrkon to nie jeden homofobiczny autor. Są i tacy, którzy pojadą i wezmą autograf, bo autor to nie jego książki. A ja jestem coraz bardziej porażona ogromem zamiatania problemu pod dywan.

Bo nie chodzi o jednego Carda – chodzi o przyzwolenie na to, żeby homofobiczni autorzy mieli platformę do wypowiedzi, podczas, gdy lewicowego głosu właściwie nie słychać. Polska fantastyka w ogóle jest mocno prawicowa*, podczas, gdy po lewej stronie mamy kogo? Jednego Sapka, jeśli się uprzeć, który zresztą sam jest kontrowersyjnym człowiekiem. Ale o ile sposób bycia człowieka, czy pojawiająca się pogłoska o chorobie alkoholowej (zdarzyło mi się trafić na ludzi wysnuwających takie tezy i jestem pewna, że nie mnie jednej, o ich prawdziwości nie będę jednak wyrokować**), to kwestie może nieprzyjemne dla nas jako fanów, to jednak nie ranią nas one jako mniejszości – seksualnych, etnicznych, osób niepełnosprawnych itd. itp. Brak nam więc w ogóle zrównoważenia fantastyki na tym poziomie, a cóż dopiero mówić o zwyczajnym, ludzkim otwarciu na inność w fandomie. A jeśli będziemy zbywać obecność twórców, którzy są homofobami, na naszych imprezach fantastycznych – naszych w tym sensie, że to my mamy czuć się na nich dobrze – czy w ogóle na obecność homofobii, to jak niby mamy stworzyć inkluzywną społeczność? Taką, która będzie prawdziwym domem.

Przywykliśmy do obecności naszych rodzimych homofobów – z którymi, bywa że, nawet mimo ich poglądów „świetnie pije się wódkę” – wzruszeniem ramion traktujemy zapraszanie homofobów z zagranicy i to jako gości mających przyciągnąć najwięcej konwentowiczów. Dla mnie jedno jest jasne. Nawet jeśli konwent, który zaprasza takich twórców nie popiera ich poglądów i nie dla nich ich zaprasza, nie ma też nic przeciwko nim. Powiecie może, że to nam tworzy platformę do dyskusji, ale tak naprawdę, słyszeliście kiedyś panel, czy prelekcję, które faktycznie zmieniłyby się w dyskusję o homofobii zaproszonego gościa? Czy to jest norma? Może jednak czas, żeby się nią stała? Żeby nie stać z boku i mówić, że no okej, ten Card to niefajny gość, ale ja tu jestem po co innego. I dlatego nie zrobię niczego, by wyrazić swoją niechęć w sposób widoczny dla tworzących Pyrkon. By pokazać im, że nie chcę takiego rozwoju tej imprezy.

I jest jeszcze jedna kwestia. Na tych wszystkich niehomofobicznych książkach, autor zarabia – i zdarza się, że te pieniądze przekazuje między innymi na działania przeciwko mniejszościom seksualnym. Za przyjazd na swoją imprezę, Pyrkon może nie zapłaci Cardowi za przyjazd – tak ponoć to funkcjonuje – ale sama książka zawsze jest jakoś powiązana z autorem jako człowiekiem. Choćby na poziomie produktu i jego twórcy, który na tym produkcie – na różne sposoby – zarabia. Pamiętacie jak kilka dni temu wszyscy postanowiliśmy zbuntować się przeciwko producentowi wody mineralnej, który opłaca ruchy antyaborcyjne? Woda nie ma w ogóle żadnych poglądów, w żaden sposób nie mówi nam o tym, kim jest jej producent, albo nie zakrywa jego paskudnych poglądów, które jednak finansuje. Ona tylko opłaca mu wygodne życie i, w tym wypadku, właśnie finansowanie działań przeciwko kobietom, tak jak u Carda jest to społeczność LGBTQIA+. Czy różnica między producentem Cisowianki, a między homofobicznym twórcą fantastyki jest aż tak ogromna?

Powiecie, że niepotrzebnie upolityczniam temat. A ja powiem, że właśnie potrzebnie. Potrzeba nam otwartej dyskusji o tym, czy chcemy w ogóle twórców homofobów. Co oni takiego dobrego wnoszą w fantastykę, czego nie wnieśliby twórcy, niebędący gnojkami, nienawidzącymi mnie, ciebie, twojej koleżanki trans, albo biseksualnego kumpla? A może czas spróbować przekonać takiego autora, że my też jesteśmy ludźmi i nie jesteśmy chorzy ani źli i nie trzeba nas nijak leczyć. Może to jest okazja, żeby jak najbardziej otwarcie pokazać swój głos. Więc hej, zróbmy coś. Jeśli pojedziecie na Pyrkon, zróbcie coś tym bardziej. Ja, jeśli zdecyduję, że pojadę na przyszłoroczny Pyrkon, zdecydowanie zamierzam pokazać swój głos. W jaki sposób, to się jeszcze okaże, ale w jakiś na pewno.

Bo dla mnie fantastyka zawsze miała pokazywać lepszy świat. Ucieczkę, jak to pięknie ujął Terry Pratchett, nie od, a do. I czytając wspaniałą książkę, nie chcę musieć zapominać kim jest jej autor. Nie chcę zapominać o tym, że najchętniej w jakiś sposób by mnie skrzywdził, w imię „leczenia” mojej „dewiacji”. Nie chcę też mieć choćby i minimalnej szansy, że spotkam go na imprezie, na której pozwalam sobie czuć się najbezpieczniej na świecie – i nagle stracić całe to wspaniałe poczucie bezpieczeństwa. I nie chcę, żeby wszystko to musieli robić moi przyjaciele LGBTQIA+. Dlatego nie będę o tym wszystkim milczeć. Bo może mówienie nie da wiele, ale to milczeniem poddaje się teren bez walki.

* Wymieńcie choć czworo znanych! polskich otwarcie lewicowych i współczesnych fantastów.
** Przywołuję tu tę kwestię nie po to by cokolwiek sugerować, a pokazać, do jakiego stopnia niezbyt dobrze postrzega tego autora sam fandom.

20 czerwca 2017

OK Computer

Dwadzieścia lat pięknej płyty. Jedenaście lat mojego życia. Piosenki tak bardzo w gatunku… No właśnie. Bo z Radiohead jest tak, że myśląc o ich muzyce nie potrafię myśleć inaczej niż „science-fiction”. To widać w tych tekstach bardzo mocno – od kosmitów, przez przyziemniejsze wątki poruszane w tekstach Thoma Yorke’a (i jednym Jonny’ego Greenwooda*) – one są właśnie moim ukochanym gatunkiem.

Niedużo w tej muzyce piosenek miłosnych i dlatego tym bardziej ją kocham. Bo od jedenastu lat dowodzi mi, że najlepsza muzyka podejmuje najróżniejsze tematy. Często trudne tematy. Po tych wszystkich latach wciąż mi bliskie. A może nawet bliższe niż wtedy, na początku. Czasami aż za bliskie, zbyt mocno zgrywające się z moim życiem. Z dzisiejszym światem. Wciąż tak cholernie, boleśnie aktualne.

Więc jeśli spytacie mnie jak zrobić w muzyce science-fiction odpowiem wam: właśnie tak. Posłuchajcie OK Computer. Posłuchajcie Radiohead. Że rock alternatywny? Też. Zdecydowanie oni definiują dla mnie punkt graniczny tego gatunku i tego, co w nim kocham. Ale przede wszystkim to jest muzyczne sf.

Przed OK Computer były wcześniejsze płyty Radiohead, ale to ona jest Początkiem. Od niej zaczyna się to, co w kosmosie i alternatywie kocham. Tak na poziomie tekstu, jak i muzyki. Dwanaście utworów o potrzebie ucieczki przed światem, przed tym co robimy sobie nawzajem, o duszeniu się w codziennym życiu, o strachu przed życiem...

Parafrazując. Żadnych alarmów i żadnych niespodzianek, gdy patrzysz pod stopy, szukając pęknięć w chodniku. Patrząc wstecz tym wyraźniej widzę, jak bardzo ta muzyka mnie ukształtowała. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie wiem. Nie sądzę, żeby odpowiedź była tak prosta. Niezależnie jednak od tego, jaka by nie była, kocham Radiohead.




* Ostatni na płycie, The Tourist.

6 czerwca 2017

Bill

Powiedzmy, że dzisiejszy wpis jest z okazji Miesiąca Równości (chyba tak powinno się tłumaczyć angielskie #PrideMonth?), którym jest czerwiec. Powiedzmy, że to wpis o tym, dlaczego kocham Bill jako towarzyszkę i nie chcę, żeby mi ją Moffat uśmiercał. Nie, nie tak. Lepiej niech Moffat nie waży się jej uśmiercać. I trochę też o… problemach? (bardziej pasuje mi tu angielskie issues, nie tak jednoznaczne, no ale niech będzie, że o problemach) z moim pisaniem.

Jak piszę w zakładce „o nas”, jestem aromantyczna i aseksualna – ergo jestem LGBTQIA+*. Tym bardziej więc cieszy mnie, gdy w tekstach kultury pojawiają się postaci z tego spektrum. Smuci mnie też ogromnie domyślna heteroseksualność postaci tudzież całego świata przedstawionego, jaką natykam w zbyt wielu tekstach kultury. Ucieszyło mnie więc ogromnie, gdy dowiedziałam się, że moim ukochanym serialu nie dość, że towarzyszkę Doktora zagra czarnoskóra aktorka, to sama postać będzie „gay”, jak zostało to ujęte. Ponieważ nie pada słowo „lesbian” a pewne drobniutkie przesłanki sugerują, że Bill może być jednak biseksualna, trudno jednoznacznie stwierdzić jakiej jest orientacji. Niemniej nie jest cis i to naprawdę cieszy.

Pojawił się tu czy tam głos (kilka odcinków temu, ale zawsze), że o orientacji Bill w serialu jest bardzo dużo. Ale to nieprawda. Mamy oczywiście pierwszy odcinek kręcący się w całości wokół wątku pre-romansowego Bill i drugiej kobiety – Heather (zresztą bardzo ładnie napisany i zagrany). A w końcu Doctor Who to sci-fi, nie rom-kom, czy tragedia miłosna. To można kupić, albo nie, ja akurat kupuję. I przeczytawszy wywiad ze Stevenem Moffatem, w którym tłumaczy dlaczego to taki, a nie inny odcinek, tym bardziej nie potrafię się na niego irytować. Otóż ten odcinek taki miał być. Miał kręcić się wokół romansu, ale początkowo był to romans heteroseksualny. Tyle, że Moffatowi coś nie grało – aż zmienił chłopca, na dziewczynkę i nagle zaskoczyło. Orientacja Bill wynikła z tego odcinka, to dzięki niemu dokonał się ten drobny postęp. Jak może więc sam fakt The Pilot nie cieszyć?

Mamy też wzmiankę o orientacji Bill, gdy ta odrzuca – jasno i spokojnie – zaloty kolegi. Ot dwa zdania w odcinku, który zupełnie się na tym nie skupia. I jeszcze dwie randki, z czego pierwszą w symulacji komputerowej. To nie jest dużo. Zwłaszcza, patrząc na to ile czasu poświęca się romansom innych towarzyszek, tudzież towarzyszy w New Who. Można nie lubić samego motywu, ale nie sądzę, żeby w pisaniu orientacji Bill była jakaś ilościowa, czy jakościowa przesada.

I jeszcze dostajemy Penny. Te dwie randki to też coś, co mnie bardzo cieszy. Jedna jest… no cóż, kończy się prędzej niż się zaczęła, ale też trudno powiedzieć, żeby było tak z winy Bill. Zresztą, gdyby nie to, że była w symulacji, myślę, że Bill miałaby szanse na wyjaśnienie Penny o co chodzi. Druga randka z kolei jest tak normalna – to oddech świeżości po tym co wyprawiała Clara Oswald z Dannym Pinkiem. Tak bardzo cieszy mnie, że sporą część tych paru scen stanowi Bill opowiadająca Penny o Doktorze. Tak po prostu oferuje jej prawdę o swoim życiu, co skutkuje tym, że dwie kobiety spędzają razem czas i jest im ze sobą dobrze (nawet jeśli Penny do momentu nie wierzy w to co opowiada Bill). Żadnych wielkich kłamstw i obraz o właściwie nie wiadomo co. Ot, może coś z tego wyjdzie. Może nie. Ale jeśli nie, to nie dlatego, że którakolwiek ze stron jest złym człowiekiem. O ile Moffat nie przemoffaci, ale miejmy nadzieję, że jednak będzie miał dość rozsądku, by tego nie zrobić.

Tu dochodzę jednak do tego, co gryzie. Uśmiercanie. Postaci LGBTQIA+ zwykle pisze się jako złe, albo jakoś cierpiące z powodu swojej orientacji, albo wręcz się je uśmierca. I tak w The Pilot ginie Heather (jakkolwiek ginie z powodu tego jaką jest osobą, a nie z powodu swojej orientacji). Być może nieciekawy los czeka też Bill. Patrząc na wcześniejszych towarzyszy Doktora – choćby w samym tylko New Who – nie ma zbyt wielkiej szansy, że Bill po prostu odejdzie z TARDIS. Albo, że Doktor „odstawi ją do domu”, żeby żyła długo i bezpiecznie. To przy okazji jest też urok tego serialu, że postaci postronne giną – a jednak to mnie gryzie odnośnie Heather. Odnośnie Bill. Nie chcę, żeby Bill zginęła wpisując się w tę niefajną tendencję do takiego, a nie innego pisania postaci LGBTQIA+. Szkodliwą, gdy to dominujący obraz. Niezależnie od powodów. Bo może i ja je widzę i jakoś tam sobie uwzględniam, ale to tylko ja.

Zresztą martwi mnie to też odnośnie mojego pisania. Ponieważ mam tendencję do nieszczęśliwych zakończeń, trudno ich uniknąć także teraz, gdy już jakiś czas temu zaczęłam pisać sporo postaci LGBTQIA+. Z jednej strony, chcę być wierna swojemu stylowi (ale przecież to nie jest tak, że nie mogę go łamać, prawda?). Z drugiej, często w prawdziwym świecie my wszyscy nie mamy łatwo – i chcąc to oddać muszę pisać to, co piszę. Choć staram się przynajmniej do pewnego stopnia budować nam w moich tekstach społeczną utopię. Ale czy to wystarcza? Nie wiem. Niemniej z każdym kolejnym tekstem zastanawiam się coraz intensywniej, czy na pewno powinnam pisać moje postaci tak jak je piszę. Czy nie wyrządzam tym krzywdy społeczności? Mam nadzieję, że nie.

I mam nadzieję, że Bill zostanie jeszcze z Doktorem. I że jej się ułoży z Penny, bo Penny wygląda na fajną kobietę. I że będziemy, mimo wszystko, dostawać więcej i więcej dobrze pisanych postaci LGBTQIA+. Takich do pokochania i takich, które będą żyć.


* „A” w LGBTQIA+ należy do osób aseksualnych, aromantycznych, agender nie do „allays” (sojuszników), bo ten skrótowiec oznacza społeczność mniejszości seksualnych, nie tych, którzy do niej nie należą. Nawet jeśli ją wspierają.

23 maja 2017

Wszyscy bogowie Ameryki

Dziś a) post z lekkim opóźnieniem oraz b) będący zbiorem luźnych przemyśleń o pewnym serialu.

Ameryańscy bogowie. Mam wątpliwości. Mam ich bardzo dużo. Właściwie jedyne, wobec czego w ogóle nie mam wątpliwości to czołówka. I materiał źródłowy. Jeśli chodzi o Neila Gaimana, mogę powiedzieć tyle, że bardzo lubię jego twórczość, ale też nie na ślepo. Pisałam o tym choćby na Pulpozaurze, przy okazji adaptacji jego opowiadań w miniserialu Likely Stories. Jedne jego teksty podobają mi się bardziej, inne mniej. Amerykańscy bogowie należą do pierwszej kategorii. Ta opowieść drogi, gruba i cholernie wciągająca ma w sobie pewien niesamowity klimat. I choćby tego klimatu brak mi na ekranie. Tam gdzie w książce mam poczucie, że to jedna, ogromna historia, której wątki to splatają się to rozplatają, gdzie jestem w pełnej niepokoju głowie Cienia, w serialu zostaje brak. Niedosyt. Pustka. To zbiór estetycznych, a czasami przeestetyzowanych obrazów, ładnych do oglądania, zwłaszcza, że dobrze zagranych – ale brak im tego spoiwa, które w książce jest bardzo gęste.

Nie wiem, co tu się stało, czego zabrakło na etapie produkcji, ale czegoś z pewnością zabrakło. Ogromnie cieszy mnie możliwość zobaczenia tych postaci na żywo, wierzę w to, że to one, ale też nie mam tu poczucia ich mocy. Brak mi wiary, że to bogowie. Ricky Whittle świetnie gra Cienia. Reszta obsady też naprawdę dobrze sobie radzi, ale. Ale miejscami mam wrażenie, że coś jednak nie do końca mi w danych scenach aktorsko pasuje. Jakby aktorzy grali i nagle, na ułamki sekund tracili zdolności aktorskie, popadali w manierę. Nie wiem dlaczego.

Dodanie wątku Laury – rozumiem potrzebę fabularną, zwłaszcza dla fanów serialu, którzy nie znają książki. Nadal mi to nie pasuje. Choć świetnie napisane, świetnie zagrane jakoś zmienia mi dynamikę jej relacji z Cieniem. A jednocześnie jestem dość pewna, że to jest tak jak w książce, to jest to, co Gaiman sobie założył. Nie wiem. Chyba najmocniej przeszkadza mi, jak bardzo to odcinek wypełniacz, dla mnie, która zna książkę. Że nagle mamy tylko Laurę i całą jej historię do momentu spotkania z Cieniem pracującym dla Odyna. Może narzekam, bo w ogóle tu, jak i we wcześniejszych odcinkach mi to wszystko nie klika, że nie mam tak, że wiem, że tak, to jest to, to ta historia, którą pokochałam wcześniej. To nie jest ta historia.

Bilquis. Dżin. Fabularnie widzę sens wprowadzenia sceny w muzeum, pokazującej uczucia bogini. Jej stratę. Jej samotność. Nie rozumiem dodatkowych scen seksu. Tej historii one nie były do niczego potrzebne. A dżin? Ponoć Bryan Fuller zażądał dokrętek sceny seksu dżina i obnośnego sprzedawcy, bo nie była wystarczająco gejowska. W moim odczuciu była nijaka, a część po drugiej stronie była okropnie – niezamierzenie – kiczowata. Lubię ten moment w książce, to pełne smutku i zrozumienia spotkanie. Chciałabym, żeby nie było w nim niezamierzonego kiczu i ujemnych poziomów napięcia.

Strona wizualna swoją drogą jest aż nazbyt często identyczna ze stroną wizualną Hannibala. Tak, to ten sam twórca, ale też to zupełnie inny tekst literacki. I cóż, że takie kręcenie pasuje do obu, skoro budzi poczucie wtórności?

Ale to nie tak, że zupełnie mi się nie podoba. Wtedy nie byłoby potrzeby tej notki. Nie obejrzałabym więcej niż jednego odcinka. O świetnym doborze aktorów do ról, już mówiłam. Tu szczególnie spodobał mi się Anansi. Był w swojej scenie genialny i mam nadzieję, że będzie go jeszcze sporo. W ogóle cała ta scena łącząca statek wiozący do Stanów niewolników z Afryki i sylówkę Anansiego wyraźnie wyjętą z XX wieku, a wszystko to z jazzem w tle. Mały majstersztyk. Podobnie, choć nie aż tak świetnie wyszły sceny z Mediami, czy z Technicznym Chłopcem. Z drobiazgów z kolei bardzo cieszy mnie to, że tak jak było to opisane w książce oczy pana Wendsdaya są każde odrobinę innego odcienia i ja osobiście naprawdę nie potrafię odróżnić, które jest sztuczne.

Zdecydowanie podoba mi się też dobór muzyki, nawet jeśli nie w każdej scenie jest tak świetnie wykorzystana, jak w tej z Anansim.

No i na koniec, jak już wspomniałam: czołówka. To połączenie symboli religijnych z symbolami współczesnych „religii” a wszystko w neonowym, kiczowatym, typowo amerykańskim przeroście formy nad treścią? To jest coś, co zdecydowanie oddaje ducha powieści. Teoretycznie serial tę stylistykę przejmuje. W praktyce jednak… nie jestem pewna i mam wrażenie, że tej pewności nie zyskam do końca. Że jedyne co ze mną zostanie, to narastająca potrzeba powtórzenia sobie powieści.

Ponieważ – tak już zupełnie na koniec – za mało w tym wszystkim trudnej opowieści drogi. A tym dla mnie są Amerykańscy bogowie.