11 maja 2015

Avengers: Age of Ultron – wrażenia i polemiki

Jestem jakoś dziwnie pewna, że natknęliście się na mnóstwo recenzji „Age of Ultron” w internecie (jako i ja się natknęłam). O tym filmie się mówi i pisze mnóstwo. Mam jednak nadzieję, że nie obrazicie się, że i ja czuję potrzebę wypowiedzenia się w temacie. Tym bardziej, że to nie będzie typowa recenzja*, raczej zbiór uwag i polemika z negatywnymi ocenami filmu. Bo mnie się podobało i to bardzo.

Do czego będę się odnosić. Nie czytałam wszystkich recenzji, ale oto moja baza wyjściowa: recenzja Zwierza Popkulturalnego, wrażenia Ichaboda, recenzja Lofney, wypowiedź Jakuba Ćwieka na fb, o której wspomniała i nakierowała mnie na nią Dziama na swoim nowym blogu, wypowiedzi w wątku o MCU na forum literackim mirriel, trochę tumblra i opinie znajomych. Wszystkiego nie linkuję, ale jestem pewna, że z łatwością te nielinkowane – a także trochę innych – wypowiedzi znajdziecie sami.

Przed tą bazą jednak czekała mnie jeszcze podróż z kina do domu – podróż w trakcie której właśnie zobaczony film siedział we mnie na tyle mocno, że nie mogłam porządnie skupić się na czytaniu „Drażliwych tematów” Gaimana, kiedy przed seansem ten zbiór opowiadań bardzo mocno mnie wciągnął. To, że czułam tak silną potrzebę pobycia w tym świecie uznaję, za ogromny plus „Age of Ultron”. Potem z powodu recenzji i opinii moje własne zdanie zaczęło się trochę różnicować, ale wciąż wiem jedno. AoU jest lepsze niż pierwsza część (którą niemniej wciąż bardzo sobie cenię). Zwierz napisała u siebie, że Avengersi jedynka to taka czysta rozrywka, bez żadnej głębi i nie sposób się z tym nie zgodzić. Tylko dla mnie to jednak jest pewna wada tej pierwszej części – nie jakaś wielka, ale wystawiająca ją poza obręb tego, co stanowi esencję sf, a co drudzy Avengersi w sobie już mają. Co prawda Marvel to sf komiksowe, ale jednak nadal łapie się do gatunku. Jeszcze w trakcie seansu wyklarowała mi się ta myśl, którą podzieliłam się na swoim tweeterze.



O ile jedynka stanowi niezwykle przyjemną ale właśnie czysto eskapistyczną rozrywkę, o tyle druga część stara się opowiedzieć coś więcej. Nie robi tego w sposób wybitnie nowatorski i dogłębny, tak, ale też nie zapominajmy, że to wciąż część – coraz mroczniejszego, ale jednak wciąż dość radosnego, jak wiele razy zauważał na swoim blogu Ichabod – uniwersum filmowo-serialowego, które skierowane jest do szerokiej publiczności. Obrażanie się geeków na to, że robi się geekowsko, ale banalnie geekowsko to niezrozumienie, że te podstawy, te „pytania, które padły już wiele razy” są kuszeniem widza nieegeekowskiego, który związał się z MCU przez ostatnie kilka lat. To pokazywanie temu właśnie widzowi: „patrz, mamy dla ciebie coś więcej niż tylko czystą rozrywkę” i jak najbardziej wspomniana konsekwencja rozwoju uniwersum, w mniej eskapistycznym kierunku. Jednak jako geek sama też byłam zadowolona z tego, że te pytania, które zadaje film i odpowiedzi jakie na nie daje padły, pomimo ich dla mnie już banalności. Bo zostały zadanie głównie w formie pytań retorycznych – odpowiedzi widz musiał sobie sam dopowiedzieć, albo – te które padały, ograniczały się do prostych, wręcz lakonicznych stwierdzeń. Nie dostaliśmy tu wielkich przemów o „naturze ludzkiej”, większość z odpowiedzi była pokazaniem nam co się stanie. Nawet kłótnia o przelanie Jarvisa w ciało, które miało stać się ciałem Ultrona, zakończona została działaniem Thora.

Taak. Zdecydowanie mamy tu dużo działania – działania zgranej drużyny złożonej jednak z ludzi o różnych charakterach i mamy równie dużo rozmów tych ludzi. A także ich nie zawsze konstruktywnych sporów. Swoją drogą, jeśli jesteśmy przy sportach, Zwierz pisze w swojej recenzji, że w jedynce Czarna Wdowa nie dawała wciągnąć się w konflikty w grupie. W większości to racja, ale przecież i ona brała udział w wielkiej kłótni zakończonej przez wybuch jednego z silników helicariera. Może próbując załagodzić konflikt, ale jednak dość bezskutecznie (ta scena nieodmiennie kojarzy mi się z shitstormami w internecie, gdzie nawet, tym, którzy starają się jakoś załagodzić sytuację powoli zaczynają puszczać nerwy). Wracając jednak do „Age of Utron”, sama nie jestem pewna, czy działanie i spokojniejsze momenty zostały odpowiednio wyważone. Na pewno skłamałabym, gdybym powiedziała, że w kompozycji wszystko mi tu pasowało i, że nie widzę, że jednak pewne wątki zostały poucinane. Jednak wystarczająco dużo potrafiłam sobie w trakcie seansu dopowiedzieć, by mi to nie przeszkadzało, jakkolwiek od kilku dobrych lat zdaję sobie sprawę, że radzę sobie z niedopowiedzeniami dużo lepiej niż większość moich znajomych. Możliwe, że to talent. A może przekleństwo. Ale raczej talent. Nie miałam też problemów z nadążaniem za akcją i rozumieniem, wynikania z siebie poszczególnych zdarzeń.

Jeśli chodzi o konstrukcję chodzi za mną jeszcze od piątku, od wspomnianego powrotnego busa do domu taki obraz, jakby z rozdarciem otoczonym różą, a może odłamkami ze srebrnego metalu (Ultron i ogólnie ta część typowo rozrywkowa) otaczającymi czarny, oleisty kamień – coś jak stygium – a zarazem wcale nie kamień a otchłań: jednocześnie czarne morze odbijające gwiazdy i czarne nocne rozgwieżdżone niebo (esencja sf tutaj ledwie draśnięta, ale skrywająca w sobie wielkie głębie).

Zgadzam się, że trudno tu mówić o „erze Ultrona”, on raczej stanowił klamrę dla poczynań bohaterów, dla pokazania ich motywacji i ambicji. Tu ładnie podsumowuje to Jakub Ćwiek, pisząc, że głównym złym filmu jest Tony Stark. Nie zły celowo, ale ze strachu. Ultron odbija i wyjaskrawia ten jego strach, ale i ambicję. Ale – to już moje spostrzeżenie – odbija też strach swego drugiego ojca, Bannera. To, że Ultron jest tak ludzki, czyni go villainem jednak nietypowym. On nie jest nordyckim bogiem pragnącym – wedle jakiegoś niepisanego kodeksu wielkich złych – przejąć władzę nad światem. Nie. Ultron się boi i z tego strachu, niczym zaszczute zwierzę w pierwszym odruchu niszczy Jarvisa. On nie chce zniszczyć ludzkości, bo jest zła, albo gorsza od niego. Takie pokazanie, że AI to coś więcej niż program komputerowy, jest w moim odczuciu zabiegiem niezwykle ciekawym. Dlaczego Ultron nie zaatakował większej części świata swoimi interfejsami? Po pierwsze dlatego, że „po co kombinować z chytrym planem, kiedy wystarczy całkiem prosty” – zniszczenie ludzkości w sposób nam pokazany powinno być skuteczne (skoro z dinozaurami podziałało), więc po co iść w efektowność, skoro chodzi o efektywność. Po drugie ludzkie cechy przejęte od Starka i Bannera w moim odczuciu ograniczały Ultrona. W ogóle „Age of Ultron” to przypowieść o strachu i próbach radzenia z nim sobie przez grupę w sumie dość samotnych ludzi. Z jednej strony mamy strach Starka, wciąż męczącą go traumę po bitwie o Nowy Jork, i strach, że zawiedzie, że wszyscy inni umrą, a on przeżyje. Strach, który rodzi Ultrona, ale rodzi też Visiona. Z drugiej strony mamy strach Bannera, który boi się tego, czym jest. Boi się swojej siły i nieobliczalności – prawdziwego Hulka, którego rozbudza w nim Wanda Maximoff. I z trzeciej strony mamy strach Czarnej Wdowy. Czarna Wdowa boi się umrzeć – widzimy to jeszcze w pierwszych Avengersach ona jednak najlepiej sobie ze swoim strachem razi, przezwycięża go, gdy wie, że powinna jednak zostać, a nie uciekać. Tu również nie mogę nie zgodzić się z Jakubem Ćwiekiem, że jakkolwiek pomiędzy Natashą a Brucem zaczyna rodzić się pewne zainteresowanie – podbudowane na zrozumieniu swoich motywacji, odmiennych jednak od motywacji reszty Mścicieli – to nie ma tu materiału na stały związek. Natasha może pokonać swój strach nie stając się potworem, ale strach Bruce’a zawsze będzie stanowić dla niego ochronę przed zmianą w potwora. Może czasem oswojonego – ale jednak panującego nad swoimi odruchami tylko do pewnego stopnia, do pewnego momentu. I tak, wcale nie uważam, żeby scena walki z Hulkbusterem była bezsensowna. Ona miała pokazać tego prawdziwego Hulka i to jak trudno go spacyfikować, a dlaczego Wanda go wyzwoliła – no jeśli tego nie rozumiecie, to może idźcie do kina jeszcze raz.  Co do Czarnej Wdowy już, od pierwszych Avengersów, jeśli nie wcześniej, starano się pokazywać ją jako człowieka, a nie tylko super szpiega. Osobę potrafiącą wykorzystywać te swoje ludzkie odruchy, ale zdecydowanie ich niepozbawioną. A jeśli chodzi o jej potencjalny związek z Brucem trochę brakowało mi tu pewnej podbudowy we wcześniejszych filmach. No i jak Zwierz wspominała wcześniej na swoim blogu bodaj, trochę niezbyt to fajne, że ciągle się ją przerzuca pomiędzy kolejnymi Avengersami. Jakby niebardzo wiedząc, co z tą częścią jej życia prywatnego chce się w MCU zrobić. Ogólnie jednak ten wątek ani mnie jakoś mocno nie grzeje ani nie ziębi, a oburzające tak wielu wspomnienie o sterylizacji... cóż, tu ponownie odwołam się do tego, co w swojej recenzji zauważa Jakub Ćwiek. Wdowa odpowiada w tym momencie na wyznanie Bannera, że on nie może mieć dzieci**. To nie jest jęk rozpaczy, że „o boże, boże, nie mogę mieć dzieci, chcę umrzeć”, tylko wyznanie kobiety, która nawet jeśli te dzieci chcieć miała, zdążyła już pogodzić się z takim, a nie innym stanem rzeczy. Może samo wyznanie Bannera w sytuacji zwracania się do Czarnej Wdowy jest nie do końca przemyślane, ale hej, dlaczego on miałby nie chcieć mieć dzieci i nie cierpieć z powodu tego, że nie może ich mieć***.

Wracając jednak do strachu, Thor też się boi – jak mówi Wanda, każdy się czegoś boi, ale ten wątek zdecydowanie za mocno nam okrojono, a szkoda, bo tak jak niezbyt lubimy go w jego solowych filmach (oj nudny jest w nich strasznie), tak w „Age of Ultron” dawał całkiem radę. A wątek z wodą życia, pozwalającą wrócić do wizji/przywidzeń jest fajnie fantastyczny. Czego boi się Cap? To jest pytanie – czy jego złe sny wywołuje strach? Mam wrażenie, że tutaj raczej chodzi o poczucie straty. Ale i pewną dozę strachu można w jego halucynacji wyczuć.
I tylko czego boi się Hawkeye niedane nam było zobaczyć, choć mam wrażenie, że jego lęki są najbardziej przyziemne. Ale zdecydowanie nie zgodzę się, że „Age of Ultron” pokazuje jak bardzo jest niepotrzebny pośród Avengersów. Owszem nie ma nadludzkich mocy i przez to jest najbardziej narażony na zranienia, ale też dzięki doświadczeniu z Lokim nie daje się podejść Wandzie. Gdyby go tam nie było, to trudno powiedzieć, w jakim stanie zbierałby ich Stark i gdzie by ich ukrył. Taak, tutaj dochodzimy do ciekawego momentu, który chyba wielu się zupełnie nie podobał, czyli faktu, że Hawkeye ma rodzinę. Dla mnie to było ogromnym zaskoczeniem, jakkolwiek byłam świadoma, że jego rola miała się powiększyć. Było to jednak pozytywne zaskoczenie, przy okazji dajce asumpt do odejścia od klasycznego schematu filmu superbohaterskiego ze stajni MCU. To pozwoliło na pokazanie tej głębi, której pierwszej części Avengersów brak i zrobienie z „Age of Ultron” filmu o czymś więcej niż zebraniu drużyny i wyruszeniu by skopać tyłek temu złemu – mniejsza z tym, że stworzonemu przez jednego z członków tejże drużyny – co zapowiadały zresztą trailery do AoU. Nie jest to schemat zły, ale jednak nie aż tak ciekawy, jak schematy podchodzące do poruszanej tematyki od trochę dogłębniejszej strony. Trochę mi co prawda ten wątek miesza, bo zupełnie odchodzi od Clinta jakiego znam z komiksów, ale taki urok MCU, że chociaż czerpie pełnymi garściami z komiksów to jednak chadza własnymi ścieżkami.

Wanda i Pietro: jeśli chodzi o uśmiercenie Pietra, z jednej strony tak, to było dobre rozwiązanie fabularne. Whedon ma rację, na wojnach giną ludzie i osobiście w moim headkanonie tak w pierwszych Avengersach jak i tutaj zginęło sporo cywili, nawet jeśli nam tego nie pokazano, i nie uznaję innej możliwości. Z drugiej jednak, bardziej niż śmierć Pietra poruszyła nas reakcja Wandy – dzięki swoim mocom wiedzącą, co się stało i reagującą na to po prostu po ludzku. Pietro jednak był tu mocno wycofany, tak niepozorny, trochę „człowiek one-liner”. Jednak potem też trochę on i Wanda skojarzyli nam się z Simonem i River z „Firefly”. Generalnie jednak Wanda została z tej dwójki wyraźniej zarysowana i po prostu ciekawiej napisana. Pieto rzeczywiście trochę tak nijak reaguje na jej wizje – zwłaszcza tę, w której Wanda zagląda w umysł Ultrona, ale jednak to nie on tej wizji doświadcza. Myślę, że możemy tu założyć, że po prostu na tyle zna swoją siostrę, że jej ufa i dlatego idzie za nią, gdy ta odchodzi od Ultrona. A też widać, że o nią dba, gdy chce lecieć za Burtonem po tym jak ten potraktował ją oszałamiającą strzałą.
Z zarzutów wobec Wiedźmy, najbardziej nie zgadzam się z tym, że Cap uwierzył jej nagle na słowo, kiedy pięć minut wcześniej ona opętała jego przyjaciół. To znaczy tak, opętała, ale ona nie zmusza go do uwierzenia, nie perswaduje, tylko pyta czy ufa Starkowi, że ten nie popełni drugi raz tego samego błędu. Gdyby Cap mu ufał w tej kwestii to właśnie tak by odpowiedział Wandzie. Ale: nie ufał, a więc uznał, że dziewczyna ma rację. Z tym też wiąże się kolejny bzdurny zarzut, że konflikt między Starkiem i Rogersem jest budowany pod Civil War i to źle. No więc nie. Ten konflikt narasta od pierwszych Avengersów – ponownie dzisiaj przyjdzie mi się zgodzić z tym co napisał Jakub Ćwiek: obaj dogadali się w pewnych kwestiach, ale w pewnych nigdy nie zniknie pomiędzy nimi tarcie. Robienie z nich nagle najlepszych z najlepszych kumpli, żeby ten układ zepsuć dopiero w Civil War byłoby nielogiczne. Logicznym jest konsekwentne prowadzenie ich relacji i jej rozwój, który w Civil War osiągnie punkt kulminacyjny. Tutaj stanowi przy okazji konsekwencję opowieści o strachu, o której już wspomniałam. Z tego strachu wynika też brak zaufania (czy może na odwrót)? I to właśnie symptomatyczne, że pokonać wroga mogą dopiero razem – opierając się właśnie na zaufaniu, które nie jest strachem.

Ciekawe jednak, że także ze strachu rodzi się Vision. AI sprzyjająca ludziom, ale świadoma, że tak, my kiedyś naprawdę wyginiemy – tylko niekoniecznie trzeba nam w tym pomagać. Na poziomie uniwersum możliwe, że zastąpić nas mieliby nas Inhumans, czy inni X-meni, ale na poziomie metatekstowym to jest coś w co sama głęboko wierzę. Jakoś myślę, że nigdy nie wynajdziemy tak świetnych statków kosmicznych, które zaniosłyby nas na inne życiodajne planety, zanim nadejdzie kolejna wielka katastrofa (naturalna, czy też pochodzenia ludzkiego), która nas jako gatunek zniszczy. Wracając jednak do Visiona podoba mi się to, że nie jest ani Jarvisem (a trochę Jarvisa w „ludzkim” ciele się spodziewałam) ani Ultronem, a czymś zupełnie swoim. I nie zgodzę się też, że umieszczenie w jego głowie jednego z Infinity Gems miało tylko nawiązać do Thanosa – owszem jest to nawiązanie do Infinity Gauntlet, ale w moim odczuciu oznacza to, że Vision będzie musiał umrzeć, a Infinity Gem stanowiący źródło mocy w berle Lokiego to całkiem sensowne rozwiązanie, skoro Marvel chciał go ukryć gdzieś na widoku – i akurat ten ładnie tłumaczył możliwości berła i jego wykorzystanie przez Ultrona. Czym mnie zresztą Vision kupił (oprócz podniesienia młota Thora oczywiście) była jego wyrozumiałość także dla samego Ultrona, z jednoczesną świadomością, że musi mu przeciwdziałać. W ogóle połączenie cech ludzkich i systemu komputerowego wychodzi w „Age of Ultron” bardzo naturalnie i świeżo. Tutaj przy okazji nie rozumiem też narzekań na ludzką mimikę Ultrona – wiecie, to film w komiksowym sf, elastyczne metale to najmniejsza nowinka technologiczna jaka być może czeka nas za kilka-kilkanaście lat.

Pojawia się też najbzdurniejszy z bzdurnych zarzutów, czyli „oni walczą o jakieś zadupie”****, a nie Nowy Jork  „cały świat”. Tylko wiecie, jakkolwiek można rozpatrywać to jako pewną (pop)kulturalną metonimię „miasto, za kraj”, to jednak w pierwszych Avengersach walki rozgrywały się w jednym mieście. Owszem, Nowy Jork, czy czasem inne duże miasta w Stanach, tudzież dla odmiany Londyn, albo większe miasta w UK urosły w popkulturze trochę do rangi „całego świata”, ale dla mnie to było raczej scenariuszowe pójście na skróty. I niespecjalnie przemawia do mnie to, że w Marvelu „wszyscy superbohaterowie mieszkają w Nowym Yorku”, bo MCU – jak pokazuje działa jednak na trochę innej zasadzie. Tu w pierwszym sezonie „Agents of S.H.I.E.L.D.” mogliśmy latać po całym świecie i tu w „Age of Ultron” możemy mieć walki na terenie dwóch miast, z których żadne nie leży na terenie Stanów Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii. A do tego to ważniejsze fabularnie z nich, jest dość małym miasteczkiem gdzieś na zadupiu. I tak, walki w nim też mogą doprowadzić do totalnej zagłady ludzkości. W ten sposób, zwiększając liczbę wykorzystanych miast o jedno, dodając trochę Nowego Jorku (?) z Avengers Tower i farmę Clinta robi się nam film o czymś trochę innym niż „o, patrzcie, kosmici zła AI, nawala się z superbohaterami w Nowym Jorku”. I jest to film, w którym to, że wiemy, że pod koniec to nasi wygrają, nie jest tak istotny jak to co zostaje nam opowiedziane po drodze.

Pojawia się też nader często zarzut, że w AoU humor jest wymuszony, ale osobiście widzę to zupełnie inaczej. Film ma już zdecydowanie mroczniejszy klimat niż część pierwsza, ale poczucia humoru w nim nie brakuje. Jednak w moim odczuciu jest ono tutaj już subtelniejsze bardziej sytuacyjne niż sięgające po intertekstualność. Można obraża się, że żartowanie sobie z Capa i jego „Język!” jest niezbyt wysokich lotów, ale sama widzę w tym jak najbardziej realistyczną sytuację, gdzie nie do końca przepadający za sobą ludzie lekko złośliwie sobie dogryzają, a po chwili robi się z tego taki powracający żart. No i chyba nikt nie powie, że żart z windą niegodną unieść Mjollnir jest słaby, a na zbudowanie kontekstu pod niego potrzeba było całego filmu. Na moim seansie sala może nie ryczała ze śmiechu, ale całkiem często była rozbawiona, jak na cięższe tony w jakie AoU uderzało i to w miejscach jak najbardziej zamierzonych przez twórców.

Muszę też niezgodzić się ze stwierdzeniem, że „Age of Ultron” to bardzo wyraźnie tylko i wyłącznie wprowadzenie do kolejnych filmów z MCU. To opowieść, stanowiąca ładne zamknięcie drugiej fazy MCU i przy okazji poruszająca trochę głębsze pokłady swojego fantastycznonaukowego kośćca niż wcześniejsze filmy uniwersum, a przez to mniej skupiająca się na samej formie tej opowieści – mniej konwencjonalnie do tej formy przy okazji podchodząc. Co może stanowić pewien zarzut, jednak to raczej wina tego, co musiało zostać wycięte, niż tego, że to, co zostało jest tylko preludium do czego innego. Oczywiście pojawiają się tu pewne nawiązania do kolejnych wątków, jakie zostaną nam pokazane, takie jak Infinity Gems (które widzieliśmy już w GotG), czy bardzo słabo rozwinięty tu wątek Inhumans, ale te nawiązania wcale nie przyćmiły tutaj wydarzeń ważnych dla opowieści z samego AoU. A obrażanie się na to, że MCU stara się być spójnym uniwersum, to jak obrażanie się na to, że np. kolejne części Wiedźmina poza „Panią Jeziora” mają otwarte zakończenia.

Jeśli chodzi o postaci poboczne, Helen Cho cóż, była i miała jakiś charakter, Maria Hill była Marią Hill, a Fury też – jak to on, pojawiał się w odpowiednich momentach i wyciągał helikariery z naftaliny. Brakowało mi jednak obecności Peper – choćby jak najskromniejszej, a No-Belle Prize dla Jane Foster trochę mnie rozbawiła. Ale cóż, pani „doktor” po drugim Thorze ma u mnie ciężko z kredytem zaufania co do legitności jej dokonań naukowych. Szkoda jednak, że nie pojawił się w ogóle Phil Coulson (jakkolwiek to miłe, że wydarzenia, w które jesteśmy wrzucani na początku filmu wynikają bezpośrednio z serialu), i że w sumie nic nie powiedziano o Inhumans.

A potem? Potem ponoć wszyscy odchodzą, czego ja zupełnie w trakcie seansu nie wyłapałam. Owszem, znika Bruce, który chciał zniknąć właściwie przez cały film, ale reszta w moim odczuciu póki co po prostu rozchodzi się do swoich domów dopóki nie będą znów potrzebni. I jasne, nie możemy oczekiwać nie wiadomo ilu jeszcze filmów z oryginalnym składem, co najwyżej powiększanym o nowe nabytki – w końcu aktorzy pewnie też chcieliby pograć jednak w czymś innym, ale mamy jednak potwierdzone, że każde z nich pojawi się jeszcze przynajmniej w jednym, czy dwóch filmach z MCU.

Ogólnie więc tak podobało mi się i większości zarzutów po prostu nie rozumiem. Czekam jednak na czterogodzinną wersję reżyserską od Whedona (ponoć początkowy materiał tyle właśnie miał i Whedon musiał go przyciąć do jakichś ludzkich rozmiarów), ale czy się doczekam to inna kwestia. Chociaż to też myślę interesujące, wracając jeszcze do domu z kina zrodziła się we mnie potrzeba alternatywnej wersji tego filmu opowiadającej o grupie superbohaterów uwięzionych w wizjach manipulującej nimi Wiedźmy. Ta wizja Starka z początku, no tam to miałam opad szczęki – ten klimat to było coś, a i w innych wizjach, potem w Wakandzie, było go czuć. Zgodzę się, że tu niekoniecznie wszystkie wizje trzeba było nam pokazywać, że w „AoU” pokazanie bardziej tego jak tacy zmanipulowani ludzie wyglądają od zewnątrz byłoby może ciekawsze (jakkolwiek i wykonanie jakie dostaliśmy wcale mi nie przeszkadza) – jednak zobaczenie takiego poważniejszego, skierowanego typowo do geeków i nerdów filmu to byłoby coś. I najlepiej, gdyby to było coś niepokojącego, ale niewchodzącego jeszcze w stylistykę horroru. Taak... można sobie pomarzyć. Tymczasem to chyba byłoby tyle jeśli chodzi o to co ja w tym filmie widzę i czego nie widzę, mimo że widzą to wszyscy naokoło. Właściwie jedyne na co narzekania nie usłyszałam to muzyka. Wszyscy pewnie czekają już na OST. Tak jak i ja.

A, a i jeszcze. Aktorstwo wcale nie było średnie, ani słabe. Było dobre, może nawet bardzo dobre. Może nawet wybitne jak na film typowo rozrywkowy.


* Tak jak mówiłam już tutaj, typowych recenzji po prostu nie pisuję.
** Smutna głupawka time: Wdowa/Banner jak Yennefer/Geralt.
*** Po przemyśleniu jednak Wdowa/Banner jak Geralt/Yennefer.
**** Swoją drogą tak Sokovia jak i Wakanda to fikcyjne kraje istniejące tylko w komiksowym uniwersum Marvela.

3 komentarze:

  1. Ciekawe spojrzenie, z którym w większości się zgadzam. Mam inną opinię co do wizji (poza Starkową), Humor też miejscami jak dla mnie był wymuszony...Ale hej, cieszę się, że tak dobrze się bawiłaś w kinie i film pozostał na długo w twoich myślach!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aneta Wasilewska12 maj 2015, 14:40:00

    Najważniejsze jest, że się dobrze bawiłaś. I cholernie zazdroszczę Ci tego, że widzisz tyle pozytywów z tego filmu i czerpiesz z niego radość. Ile ludzi - tyle opinii. I niestety nie da się jednoznacznie stwierdzić jaki AOU jest. A szkoda.
    Ja oglądając film miałam wrażenie, że niektóre sceny albo specjalnie zostały rozciągnięte w czasie, albo za bardzo skrócone. Może to wina, że scenariusz był pisany na kolanie? Ja nie wiem.
    Też nie wiedziałam czy oglądam bardziej komedię czy dramat, chociaż niektóre dowcipy mnie urzekły.
    Ale ogólnie film nie był najgorszy z całego MCU :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A dla nas właśnie ta niejednoznaczność, choć pozornie stanowiąca wadę, jest pozytywem. Daje asumpt do ciekawych przemyśleń jeśli tylko chce się trochę nad tym filmem zastanowić zamiast obsobaczać go od góry do dołu.
    Scenariusz niekoniecznie był pisany na kolanie, myślimy, że tu jednak wina leży w tym ile materiału wycięto. I my akurat wiedzieliśmy co oglądamy - ani komedię, ani dramat. Zdecydowanie coś bardziej przesunięte ku temu drugiemu, ale ze sporymi elementami tego pierwszego. No i wciąż jednak film stanowiący głównie rozrywkę, choć trochę mniej płytki niż pierwsza część.

    OdpowiedzUsuń